maurycy blog

Twój nowy blog

Schizol1amax.jpgNie obiecuję spójności…
Tutaj jest sam rysunek.

Tupot ciężkich butów…

Listopad.
Liście opadły z drzew i przyszła wiosna.

       Zenon Burczypięta opalał się na tarasie swojego M-3. Z placu Piłsudskiego dochodziły zwielokrotnione echem dźwięki Narodowego Hymnu. Telewizja publiczna, w przerwach relacji z Obchodów, puszczała fragmenty dokumentu o Józefie P., który nasz bohater znał na pamięć, więc, zrezygnowany, nasmarował się kremem z filtrem i rozłożył na leżaku, by odpłynąć ku bezproduktywnym rozmyślaniom.
       Pod oknem przedreptała antyrządowa demonstracja z hasłami Nie dla UE, SLD – KGB i NAFTA jedyną alternatywą. Jeden z demonstrujących, widocznie na uboczu i jakby niespełna rozumu, wypisał czerwoną farbą na swoim arkuszu Zdradzili Cię, Józek!.
 - Jakby nie patrzeć, zafajdane małpy… – pomyślał Zenon, patrząc na niego.

      Miał rację…

Maurycy R.
.::Poeci w służbie Ojczyzny::.

Niedziela

8 komentarzy

Wracam do domu. Zimowe słońce w zenicie bynajmniej nie świeci mi nad głową. Polska…
Nawet w południe cienie jakieś niemrawe. Las z lewej zostawia świetlny ślad – ciemne paseczki na świeżym śniegu.

W uszach ptaki (jeszcze) i Nino Rota (Ojciec chrzestny). Skrzypce i fortepian, odpowiednio użyte i zestawione z pierwszym zimowym krajobrazem tej jesieni, wpędzają mnie w refleksyjny nastrój.

Sielankowy nastrój burzy gwałtowny wymiot sumienia. Bełt niemiłosierny, palący. Pięścią w brzuch dostałem.

Pytanie o moje miejsce i rolę wraca już od dawna. Inny byłem zawsze i nadal jestem. Tylko po co? Chyba nie ode mnie tylko to zależało, skoro pytam.

Wymiot sumienia. Bełt zmarnowanego czasu, niewykorzystanych możliwości. Za muzykę przecież mogłem wziąć się wcześniej, więcej bym już umiał, za literaturę – chociaż poznać to, co inni powiedzieli, by się nie powtarzać.
Dziesięć lat życia wypełnionych marnowaniem czasu przed telewizorem i ekranem komputera. Powoli staram się uciec z tej klatki nieumiejętności mobilizacji, ale kamień lenistwa uwiązany do mej nogi urósł do olbrzymich rozmiarów i nadal trzyma mnie blisko dna. Kolejne mobilizacyjne zrywy nie dają dużo energii i znów szybko upadam.

Każdy kiedyś musi zacząć dojrzewać…

A do tego to poczucie wyjątkowości. Bez zabarwienia emocjonalnego. Nie czuję się lepszy, gorszy. Raczej zobowiązany do otwierania oczu i umysłów. Na myśl przychodzi matrixowa misja Morfeusza i jego Free your mind… – choć w innym kontekście niż w filmie. Nie zachęcam do nihilizmu.
Inny od swoich rówieśników, ale nadal nieokreślony, szukam punktu zaczepienia i sił do działania. Wiara znajduje podłoże, Bóg w pewnym sensie rodzi się wtedy w każdym z nas…

Nieważne kim jestem w rzeczywistości. To nie ma żadnego znaczenia. Lepiej pozostać bez kontekstu. Niech będzie, że Maurycy – student. Wystarczy…

Kiedy ponad rok temu dowiedziałem się o isteniu blogów, myślałem Mój Boże, świat chyli się ku upadkowi! Dzisiaj, jak widać, sam założyłem taki internetowy dziennik. Dlaczego?

Z potrzeby bycia „dostępnym”. Kiedy stanę się dostępny, jest szansa, że ktoś z tego dostępu skorzysta. Może mu się spodoba. Chociaż właściwie nie o „podobanie się” chodzi. Raczej o przekaz. Mam trochę do powiedzenia, może ktoś przeczyta (ale reklamował się nie będę). Wszystko na razie w sferze „możności”, bo i blog dopiero w łonie matki.
To jest pierwsze kopnięcie, namacalny znak życia i zwiastun przyszłego porodu…


  • RSS