maurycy blog

Twój nowy blog

Wiem już od dawna, że nie dane mi jest płynąć głównym nurtem. Właściwie tam zawsze było niewygodnie, coś odstraszało – może tłum współpodróżnych. Ale coś jednak sprawia, że cały czas jedną nogę, połę płaszcza, opuszki palców zanurzam w tej brudnej wodzie, coś kusi nieustannie, niestrudzenie. I wciąż tej pokusie ulegam – na tyle, żeby zamknąć sobie raz na zawsze drogę do pewnej upragnionej wspólności, która swą wartość objawiła zdecydowanie za późno. Są grzechy niezmazywalne i nieodwracalne, zbyt mocno zakotwiczone w kulturze i mojej świadomości, by kilka dekad obyczajowego luzu mogło ulżyć nieznośnemu swędzeniu sumienia. Chodzi też o innych, o innych innych, którzy zawsze woleli spacerować wzdłuż brzegu. Ale też i o to, co mówił kiedyś taki ktoś, kto już nie żyje. Właściwie mówił o powstrzymywaniu się od przekręcania głowy w lewo, choć to tylko przykład. Może jest już za późno, ale nie wolno tak myśleć. Tylko zacząć od początku, od teraz, od dzisiaj, od tutaj (myślmy czasoprzestrzennie). Znów rozczarowuje mnie styl, forma. Jednak nie o to chodzi.

Wieczorem chmury nad Warszawą, wielkie i ciężkie jeszcze, ale już odchodzące, masywni wojownicy opuszczający pole bitwy o losy tego świata. Słońce podświetla je na różowo, czerwono, pomarańczowo. Daje się odczuć nadchodzący spokój, jakby natura po kilkudniowej nawałnicy postanowiła wreszcie zostawić nas w spokoju. Mam nadzieję, że dostrzegając zbieżność stanów pogody z tym wszystkim, co ostatnio dzieje się wokół (tuż obok, a nawet bliżej, nawet w samym egocentrum wydarzeń), nie wyrażam tylko pobożnych życzeń. Mam nadzieję, że faktycznie się uspokoi. Zmęczenie, z nadzieją na ulgę.

wracam tu, już wkrótce…

tam jednak niewygodnie

tutaj już tylko archiwum starego bloga
nowy adres:


http://manque.blog.pl

Zapraszam

encore

Brak komentarzy

od nowa, raz jeszcze, w końcu:

manque.blog

zapraszam

(na razie będą fotki, tutaj)
kiedyś wrócę, zmieniam skórę

pocieszyn

2 komentarzy

fundacja.jpg
fundacja

rynek.jpg
rynek

monk.jpg
meredith monk

trzaska.jpg
unforgiven trio

conreaux.jpg

gong.jpg
don conreaux

ckb.jpg
the cracow klezmer band

warszawa.jpg
powrót

a jednak, wracam zadowolony.
więcej tekstu trochę później.

„jesteśmy w cieszynie gdzie czas słodko płynie”

coś jakoś tak mi nie pasuje.

nic a nic. nic mnie nie rusza, nie wzrusza, ja nie wiem, chyba coś mi odpadło albo co, zgubiłem, straciłem, zapomniałem. zbyt dużo czasu minęło od powrotu, żeby zwalać na zmianę czasu. stoją mi nad głową i mówią. a ja wiem przecież, wiem, że trzeba dorosnąć uporządkować, rozsądek, rozwaga, tralala. ogarnij się powtarza Ł. żartobliwie, trochę po sztubacku i to brzmi naprawdę dużo lepiej. tak wolę, tego chętnie posłucham. koyaanisqatsi. dzisiaj żadna muzyka mnie nie uspokoi.

wyjeżdżam. wrócę 19. potem się będę cieszyn. może.

rewind

6 komentarzy

coldplay. a rush of blood to the head.

słońce wzeszło. piąta rano. the long day is over.

przypominam sobie, że mesydż od mar czeka na odpowiedź. przecież wiem, co mam napisać. nie mam siły. jutro. jutro. jutro. najczęściej powtarzane słowo w moim życiu. dzisiaj, jak wstanę – tak lepiej.

z J. żegnam się na rogu, wymieniamy uścisk dłoni i znikamy sobie za plecami. na jednej z bocznych uliczek miasta Z. smród padliny miesza się ze słodką wonią białych kwiatów rosnących pod płotem. coraz jaśniej, szare chmury i granatowe niebo zaczynają różowieć przedświtem. idę teraz główną arterią mojego małego miasta i stwierdzam, że pole widzenia mam wystarczająco wąskie, by móc skupić się na szczegółach. niewiele się zmieniło. kilka sklepików „z pomysłem” zmieniło charakter, a może i właścicieli; zamiast wszystko po 5 złotych mamy odzież dziecięcą, zamiast lumpeksu kafejkę internetową. jednak mięsne i spożywczaki wiernie stoją na straży macierzy – od lat, niewzruszone. przejazd kolejowy zamknął się dziesięć minut temu – pociąg towarowy, trzydzieści cztery wagony. godzina czwarta piętnaście. po lewej na placu Jana Pawła II przed Popiersiem palą się znicze. znowu żałuję, że mnie wtedy nie było.

pijemy, pijemy piwo dobre i niedobre. zresztą to nie ma znaczenia. stara gwardia znowu razem. porozmawiajmy o kobietach. dalej znacie. mimo wszystko, okazuje się, że chcemy jeszcze ze sobą rozmawiać.

krajobraz wiejski. żyto, konie, stodoły. coroczna wyprawa na wieś, rodzinny obiadek. rejestruję zmiany. coraz mniej starszych ludzi gawędzących na ławkach przed bramami swoich gospodarstw. coraz więcej grupek gniewnie patrzącej młodzieży, która widocznie nie ma co ze sobą zrobić. ale to przecież może nic nie znaczyć.

live 8. dla mnie ważniejsze z powodu pierwszego (i pewnie ostatniego) od dwudziestu czterech lat występu pink floyd w starym składzie. po ich występie dostaję smsa od Ł. czy teraz mogę już spokojnie umrzeć?

wychodzimy z klubu, mówię N., która ma zieloną bluzkę (a może mi się wydawało), że przedświt się zieleni i o boże jak kiczowato to brzmi, ale przecież dopiero w tym nikłym świetle widać zieleń ogrodu saskiego. więc jednak, zieleni się. i możnaby pomyśleć, że N. mi się zieleni w oczach zielona bluzka i że na nią szczególnie dzisiaj patrzę. ale przecież ta, którą mam w głowie od rana do nocy (no, koszmar, koszmar proszę państwa) idzie kilka kroków za nami. głupio tak przyznawać się do własnej bezsilności.

sytuacja nie jest jednak zupełnie beznadziejna

całkiem

11 komentarzy

Co u Ciebie nowego? Tyle lat cię nie widziałem. Tak mógłbym zacząć, ale mi głupio, no że cytat. Trzy albo i cztery, a teraz mówimy „kopę lat!” z uśmiechem i naprawdę się cieszę, że wreszcie. S. bardzo się nie zmienił, spoważniał tylko i czuję się przy nim chwilami jak lekkomyślny dzieciak. Ale w swojej powadze pomaga mi zauważyć rzecz niepokojącą – rozpływam się, rozprężam. Płynę tam, gdzie akurat droga wolna – jak u Hobbes’a. Wolność – owszem, przecież tyle tu przestrzeni, wreszcie można odetchnąć. Konieczność? Już nie – od momentu w którym sobie to uświadamiam. Więc mówię kurwa weź się w garść bo w końcu się rozlecisz.

I łapię się na tym kilka razy. Już po powrocie z Wrocławia, kiedy szlajamy się po nocnej Warszawie z koleżankami ze studiów i kiedy lekko pijany uciekam przed burzą, bo zamknęli ostatnią knajpę w mieście Z. A może inaczej, może sobie spokojnie stoję na brzegu, patrząc jak wszystko przepływa – morze zmarnowanego czasu. Na jedno wychodzi. W końcu nie ma bezwzględnych punktów odniesienia. Na jedno wychodzi. Leżę.

Idę na Sin City do Feminy i rzecz niebywała – poza mną nie ma w kinie żywej duszy – zostaję sam w wielkiej sali przed wielkim ekranem, zapominam nawet o obsłudze projektora, śmiesznym gościu w okularach, który ze zdziwieniem spojrzał na mnie zza szyby swojego pokoiku. W efekcie jestem sam na sam z miastem grzechu i znowu czuję jakiś niepokój. Po wyjściu z kina przypominam sobie to, co Gombrowicz mówił o diable w swoim Dzienniku, a Zło jakby chętniej pisze mi się z wielkiej litery.

W Warszawie na Koszykowej pachnie wędlinami, kiedy przechodzę obok mięsnego. W tramwaju na placu Bankowym wiecznie niedomyty nur rozsiewa swój zapach na pół wagonu i znów myślę o tym, jak bardzo absolutne nieistnienie takich fetorów mi po tamtej stronie przeszkadzało. W dłuższej perspektywie brakuje ledwo wyczuwalnego zapachu, który A. zostawiała na mojej koszuli, kiedy używała jej zamiast poduszki. Mimo wszystko, przez najbliższe tygodnie życie zapowiada się całkiem przyjemnie.


  • RSS