Nad brzegiem Wisły huk szczytującego miasta zdawał się znacznie mniej dotkliwy niż pośród ścian betonu, stali i szkła łapiących każdy zgrzyt pulsujących ulic tylko po to, by oddać go głośniejszym i bardziej przenikliwym. Tutaj szum komunikacyjnego krwioobiegu rozpływał się i ginął w wilgotnym, lepkim powietrzu mroźnego poranka. Mleczny opar nad rzeką rozpraszał też światło słońca, wiszącego nisko nad wschodnim horyzontem, więc drugi brzeg i odległe pylony Mostu Siekierkowskiego bledły za mglistą zasłoną.
Dwie postacie przysiadły na sczerniałych kamieniach, które wkrótce miała zalać woda wiosennych roztopów.
– To oczywiste, że przegięły – mówił jeden lekko podniesionym, piskliwym głosem – co zresztą było do przewidzenia. I wiesz przecież, że od początku mi się to wszystko nie podobało, ta koszmarna nagonka, ktoś w końcu musiał się nimi zająć. Ale oni… – zawahał się – my… przegięliśmy jeszcze bardziej.
– Identyfikujesz się z tą hołotą? – pytał drugi.
– Teraz wszyscy musimy się z nimi identyfikować, każdy, kto ma penisa w majtkach, jest współodpowiedzialny. Nie ma wyboru.