maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

„jesteśmy w cieszynie gdzie czas słodko płynie”

coś jakoś tak mi nie pasuje.

nic a nic. nic mnie nie rusza, nie wzrusza, ja nie wiem, chyba coś mi odpadło albo co, zgubiłem, straciłem, zapomniałem. zbyt dużo czasu minęło od powrotu, żeby zwalać na zmianę czasu. stoją mi nad głową i mówią. a ja wiem przecież, wiem, że trzeba dorosnąć uporządkować, rozsądek, rozwaga, tralala. ogarnij się powtarza Ł. żartobliwie, trochę po sztubacku i to brzmi naprawdę dużo lepiej. tak wolę, tego chętnie posłucham. koyaanisqatsi. dzisiaj żadna muzyka mnie nie uspokoi.

wyjeżdżam. wrócę 19. potem się będę cieszyn. może.

rewind

6 komentarzy

coldplay. a rush of blood to the head.

słońce wzeszło. piąta rano. the long day is over.

przypominam sobie, że mesydż od mar czeka na odpowiedź. przecież wiem, co mam napisać. nie mam siły. jutro. jutro. jutro. najczęściej powtarzane słowo w moim życiu. dzisiaj, jak wstanę – tak lepiej.

z J. żegnam się na rogu, wymieniamy uścisk dłoni i znikamy sobie za plecami. na jednej z bocznych uliczek miasta Z. smród padliny miesza się ze słodką wonią białych kwiatów rosnących pod płotem. coraz jaśniej, szare chmury i granatowe niebo zaczynają różowieć przedświtem. idę teraz główną arterią mojego małego miasta i stwierdzam, że pole widzenia mam wystarczająco wąskie, by móc skupić się na szczegółach. niewiele się zmieniło. kilka sklepików „z pomysłem” zmieniło charakter, a może i właścicieli; zamiast wszystko po 5 złotych mamy odzież dziecięcą, zamiast lumpeksu kafejkę internetową. jednak mięsne i spożywczaki wiernie stoją na straży macierzy – od lat, niewzruszone. przejazd kolejowy zamknął się dziesięć minut temu – pociąg towarowy, trzydzieści cztery wagony. godzina czwarta piętnaście. po lewej na placu Jana Pawła II przed Popiersiem palą się znicze. znowu żałuję, że mnie wtedy nie było.

pijemy, pijemy piwo dobre i niedobre. zresztą to nie ma znaczenia. stara gwardia znowu razem. porozmawiajmy o kobietach. dalej znacie. mimo wszystko, okazuje się, że chcemy jeszcze ze sobą rozmawiać.

krajobraz wiejski. żyto, konie, stodoły. coroczna wyprawa na wieś, rodzinny obiadek. rejestruję zmiany. coraz mniej starszych ludzi gawędzących na ławkach przed bramami swoich gospodarstw. coraz więcej grupek gniewnie patrzącej młodzieży, która widocznie nie ma co ze sobą zrobić. ale to przecież może nic nie znaczyć.

live 8. dla mnie ważniejsze z powodu pierwszego (i pewnie ostatniego) od dwudziestu czterech lat występu pink floyd w starym składzie. po ich występie dostaję smsa od Ł. czy teraz mogę już spokojnie umrzeć?

wychodzimy z klubu, mówię N., która ma zieloną bluzkę (a może mi się wydawało), że przedświt się zieleni i o boże jak kiczowato to brzmi, ale przecież dopiero w tym nikłym świetle widać zieleń ogrodu saskiego. więc jednak, zieleni się. i możnaby pomyśleć, że N. mi się zieleni w oczach zielona bluzka i że na nią szczególnie dzisiaj patrzę. ale przecież ta, którą mam w głowie od rana do nocy (no, koszmar, koszmar proszę państwa) idzie kilka kroków za nami. głupio tak przyznawać się do własnej bezsilności.

sytuacja nie jest jednak zupełnie beznadziejna


  • RSS