maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

całkiem

11 komentarzy

Co u Ciebie nowego? Tyle lat cię nie widziałem. Tak mógłbym zacząć, ale mi głupio, no że cytat. Trzy albo i cztery, a teraz mówimy „kopę lat!” z uśmiechem i naprawdę się cieszę, że wreszcie. S. bardzo się nie zmienił, spoważniał tylko i czuję się przy nim chwilami jak lekkomyślny dzieciak. Ale w swojej powadze pomaga mi zauważyć rzecz niepokojącą – rozpływam się, rozprężam. Płynę tam, gdzie akurat droga wolna – jak u Hobbes’a. Wolność – owszem, przecież tyle tu przestrzeni, wreszcie można odetchnąć. Konieczność? Już nie – od momentu w którym sobie to uświadamiam. Więc mówię kurwa weź się w garść bo w końcu się rozlecisz.

I łapię się na tym kilka razy. Już po powrocie z Wrocławia, kiedy szlajamy się po nocnej Warszawie z koleżankami ze studiów i kiedy lekko pijany uciekam przed burzą, bo zamknęli ostatnią knajpę w mieście Z. A może inaczej, może sobie spokojnie stoję na brzegu, patrząc jak wszystko przepływa – morze zmarnowanego czasu. Na jedno wychodzi. W końcu nie ma bezwzględnych punktów odniesienia. Na jedno wychodzi. Leżę.

Idę na Sin City do Feminy i rzecz niebywała – poza mną nie ma w kinie żywej duszy – zostaję sam w wielkiej sali przed wielkim ekranem, zapominam nawet o obsłudze projektora, śmiesznym gościu w okularach, który ze zdziwieniem spojrzał na mnie zza szyby swojego pokoiku. W efekcie jestem sam na sam z miastem grzechu i znowu czuję jakiś niepokój. Po wyjściu z kina przypominam sobie to, co Gombrowicz mówił o diable w swoim Dzienniku, a Zło jakby chętniej pisze mi się z wielkiej litery.

W Warszawie na Koszykowej pachnie wędlinami, kiedy przechodzę obok mięsnego. W tramwaju na placu Bankowym wiecznie niedomyty nur rozsiewa swój zapach na pół wagonu i znów myślę o tym, jak bardzo absolutne nieistnienie takich fetorów mi po tamtej stronie przeszkadzało. W dłuższej perspektywie brakuje ledwo wyczuwalnego zapachu, który A. zostawiała na mojej koszuli, kiedy używała jej zamiast poduszki. Mimo wszystko, przez najbliższe tygodnie życie zapowiada się całkiem przyjemnie.

niebo.jpg

więc już we wrocławiu
wrócę później

żywiec tylko z puszki, z lodówki do kufla. wpadam do domu na chwilę, na jeden dzień, wieczór i poranek, co to są dobre. bo siostra się cieszy i pizza i żywiec z puszki lodówki do kufla. czyli zmiana planów. przepakowuję się, przesiadam. jutro kraków, dalej zgodnie z rozkładem. miasto Z. nadal tylko miga za oknem pociągu, samochodu i jakieś tam cześć cześć na ulicach, o wróciłeś, ale się spaliłeś. rower zapomniał jak się jeździ i wypuścił powietrze z dętek, więc chuj – rundka na przypomnienie poczeka kolejny tydzień.

epilog

17 komentarzy

piękna jesteś, piękna, blondynko z naprzeciwka. modnie się ubierasz, śmiejesz zalotnie, błyszczysz tam pod drzwiami. oj, aj, co ja widzę. nie śmiej się jasnowłosa, oj, aj, co widzę, żuchwa cofnięta, jak koń szczerzysz zęby. defekt. czar prysł. a twoja czarnowłosa świergoleżanka, z tych designed to please you, zbyt wąska w biodrach, żeby bać się dzieci.

jadę dwadzieścia pięć tramwajem z nowego światu w kierunku centrum, między jednym piwem a drugim. kolory wydają się bardziej nasycone niż po tamtej stronie, choć mało jest słońca. podejrzewam, że to jednak jakiś rodzaj autosugestii. wydało się – byłem do stanów uprzedzony.

w pociągach czytam miłosza i czuję się niedouczony, w knajpie piję piwo i palę papierosy. idziemy na sake, które smakuje jak ryżowa woda podlana spirytusem. przytulają mnie, klepią po plecach, całują i ściskają dłonie. pijemy na trawie, na ławce, na kanapie.

wysiadam z samolotu, uciekam z lotniska i zaczyna mi pachnieć, drzewo, miasto, deszcz. w domu pachnie lasem, a wszystkie smaki znowu mam po właściwej stronie języka. nawet pies mnie poznał.


rozkład jazdy:
5-12 Łódź
12-17 Kraków
17-20 Wrocław


  • RSS