maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

[wcześniej] tak to się kończy. atom heart mother odbija się od ścian, w salonie porozkładane sterty ubrań i książek, które trzeba upchnąć w walizkach. nie wychodzę z domu, nie łapię oddechu, poczekam na lepszą atmosferę. byle do środy. dopijam ostatnią puszkę coli, pożeram ostatnią pomarańczę. rick wright wspomina lato roku sześćdziesiątego ósmego, ja wspominam lato sprzed tygodnia we met just six hours ago / the music was too loud. potem, popełniwszy grzech zaniechania, spaliłem sobie plecy karaibskim słońcem. krem miał łagodzić swędzenie, a tylko przyklejam się do krzesła. słychać więc ostatnie takty i mam poczucie, że coś się kończy, jak nie najlepsza książka. wszyscy wiemy, że tak lepiej. ale trochę szkoda – nie trzeba było utożsamiać się z głównym bohaterem. nie używaj takich głupich porównań, przecież jesteś ten sam, tylko otoczenie się zmienia. no i fakt, niby ten sam jestem.

[w międzyczasie] opustoszały kampus, bez żywej duszy, pusta biblioteka, miasto bez ludzi, najsmutniejsze z tutejszych doświadczeń. przecież miasto jest dla ludzi, bez nich nie ma racji bytu.

[później] na przyjęciu pożegnalnym brazylijczyków, sąsiadów naszych, gibkie łydki rudowłosej nauczycielki samby wygrywają melodię, której słuchałbym i całą noc, gdyby nie było tak zimno. spoglądam na nią, rzucam okiem na obcisłe spodenki opięte na jej zgrabnych pośladkach, na łydki i pępek trzęsące się w rytmie najgorętszego z tańców i w głowie mam tylko sex, a przelotne spojrzenia brazylijki stają się w pijanym widzie dowodem mojej seksualnej atrakcyjności, choć wszyscy wiemy, że to tylko pobożne życzenia.

ale wcześniej kupiłem sobie dark side of the moon na cd. wreszcie czysty dźwięk i doskonałe stereo. zastępczy orgazm na zupełnie innym poziomie.

[rano] scena pustoszeje

kurtyna


Meksyk ilustrowany tutaj.
Dodatkowa galeria (kilka zdjęć się powtarza) tutaj.

ruda.jpg

z rudą się odurzam, ustami zanurzam

back.jpg

salida

DSC04483.JPG

indianka

DSC04486.JPG

przewodnik

DSC04487.JPG

Cañon del Sumidero

Ze zdziwieniem ujrzałem ostatnio Pierniczki Alpejskie na półce supermarketu w South Bend, bez namysłu wrzuciłem paczkę do koszyka, z rozkoszą pożarłem je przed chwilą. Z Chicago przywieźliśmy kilka zjadliwych rzeczy, więc na tym poziomie mogę uznać się za człowieka szczęśliwego. No, nie tylko na tym. Jutro ruszamy do Meksyku (3 dni nad Morzem Karaibskim included), zupełnie inny świat, inny klimat. Prawie dwa tygodnie Ameryki dużo bardziej surowej niż ta tutaj. To daje Wam dużo czasu na przedarcie się przez tekst. A potem będą zdjęcia. Dużo zdjęć, mam nadzieję. Do tego trochę nowej muzyki po lewej.

W miniony weekend Polska parada w Chicago (galeria tutaj), zanim się upiłem znaczy się. Biały i czerwony, hymny i orkiestry, oficjele i kombatanci, cała ta szopka, mógłbym powiedzieć. Polskość zamknięta w kilku hasłach: Kościuszko, Pułaski, Jan Paweł II, piwo, krakowiacy i górale, Maryja, weterani drugiej wojny, maszerujące polskie szkoły ubrane na biało i czerwono. Do tego kilka motywów już niemal czysto amerykańskich: harleyowcy, Hummer, monster trucki (na wielkich kołach), wielki kosz zakupowy z Osco Drug. Z punktu widzenia tutejszych Polaków, może to i dobrze, że coś im daje poczucie przynależności i dumy poniekąd (przemarsz główną ulicą Chicago), że coś jeszcze spaja tych wszystkich, którzy tak szybko o Polsce zapominają. Amerykanie mogą się zaś dowiedzieć, że Polacy to nie tylko wyścigi samochodowe i pogięte słupy na Archer Avenue. Poza tym to taki zamorski folklor, kolory, krzyki i podskoki. Ja po prostu nie lubię pochodów z flagami i sztucznych zrywów (uczniowie polskich szkół oczywiście musieli przyjść).

Potem impreza, tam gdzie zwykle, ale ludzi więcej, więcej wódki, mniej żenujących zachowań po pijaku z mojej strony – sam się dziwię. Kolega mówi, że oni tak co tydzień, bez przerwy, zawsze jest u kogoś impreza i że zawsze tyle piją albo i więcej. A najśmieszniejsze, że rodzice zawsze są w domu i z uśmiechem patrzą na swoje uchlane dzieci. Widać, sytuacja im pasuje. Łatwiej zaakceptować, niż z tym walczyć. Łatwiej. Łatwiej rzucić szkołę iść do pracy na budowie, kupić bryczkę i dom nawet, niż zarobić na uniwersytet i cztery lata później pracować trzy razy mniej za większą kasę.

Już mówiłem, tu leży pies pogrzebany, że łatwo. W USA łatwo jest, łatwo żyć, łatwo tyć, wybić się łatwiej (ale tu już potrzeba odrobiny wysiłku). Amerykanie, Polacy, wszyscy zaczarowani łatwością, komfortem. Comfort mówiłem profesorowi Faeges’owi parę miesięcy temu, kiedy staliśmy na mrozie przed budynkiem Flanner Hall, komfort zdobył Amerykę. Nawet wymianę żarówki można komuś zlecić. Dlaczego mam sam urządzać ogród, jeśli mogę zatrudnić ogrodnika, pytał profesor zapalając kolejnego papierosa. A potem śmiał się, że już wymiękam, kiedy powiedziałem, że muszę iść, nie chcąc trzymać go na mrozie (wpadliśmy na siebie w drzwiach).

Ale ten komfort jest zdradliwy, bo osiągnąwszy pewien poziom, Polacy w Chicago z reguły nie próbują pójść dalej. Starczy to, co zarobili na budowie, starczy japońska bryczka, iPod™, impreza co tydzień, mały domek na przedmieściach, telewizor i dvd. A wtedy zaczyna się wegetacja i tęsknota za Polską, do której trudno już wrócić. Amerykanie w tym komforcie się zatracają, zapominają jak naprawić samochód, bo są mechanicy, zapominają o Shakespearze, Big Brother jest bliżej, zapominają o demokracji, władzę zostawiają rządowi i dając zwodzić się dostępem do broni nie widzą już, jak w tym kraju mało faktycznej wolności.

Jedno zdecydowanie na plus chicagowskim Polkom. Nie dość, że ładniejsze od Amerykanek, to przede wszystkim dużo lepiej ubrane. Ale zaraz, ale może po prostu bardziej ostrożne na punkcie swojej zewnętrzności, żeby nie powiedzieć formy. Bardziej do niej przywiązane, uzależnione. A może tylko bardziej skłonne do kokieterii.

Wczoraj dzień był słoneczny, duchota nie do wytrzymania, klimatyzacja włączona na pełny regulator. Byłem na uniwersytecie. Rok akademicki wreszcie się skończył. Opustoszały kampus ma w sobie dużo więcej uroku niż w czasie, kiedy byli tu jeszcze studenci. Został tylko czwarty rok i garstka dokotorantów, wrażenie jak pod koniec łatwego egzaminu – szum ucichł, tylko garstka zdających męczy się nad ostatnimi zadaniami. Czytam Wprost kupiony w Chicago i znowu dopada mnie nasza pogibana historia, nasze zacietrzewienie i pretensje do świata o uznanie. To niesprawiedliwe, pieprzony Putin myślę, ale z drugiej strony męczy ciągłe podskakiwanie i co to my nie hoho. Wieczorem przychodzi doktor S. i zaczyna rozpamiętywać wrzesień 1939, jak to nas zdradzili, jak to nam wywiady obce najlepszych generałów przed wojną zabijały. Historia! Historia! Dzisiaj żyć, dzisiaj trzeba! Ale w twarz mu przecież nie krzyknę.

W South Bend został mi niecały tydzień – dzisiaj i sześć dni między powrotem z Meksyku a samolotem do domu. Oglądam mapy miasta Z. i sprawdzam, czy nie zapomniałem, gdzie kto mieszka, jak wyglądają poszczególne budynki, ulice, skrzyżowania. Zacierają się szczegóły, niektóre obrazki jakby trochę zamglone. Robię rachunek niezrealizowanych zamierzeń.

o drugiejtrzydzieścidwie myślę kurwa muszę coś zjeść, wyłączam więc jacka, zdejmuję słuchawki (nie lubię tych przecinków, nigdy nie wiem, gdzie je wsadzić, tajemnica rozwiązana), wstaję od komputera i sięgam do lodówki. no more wilson honey smoked ham myślę dalej, mama mówiła coś o rybkach ale jakich rybkach się zastanawiam. aaaa, rybkach z puszki, dostrzegam. no chuj, w desperacji różne głupie rzeczy się robi. otwieram herring fillets in paprika sauce i myślę, kurwa (dzisiaj jestem zły) trzeba było wziąć coś innego, kiedy z pierwszego pękniecia wydobywa się nieapetyczna pomarańczowa papka. niedobre jedzenie to jest w ogóle największy problem w ameryce. tubylców można przeboleć, ale to, co jedzą, jest po prostu okropne. nie wiem czy nie tęsknię bardziej do polędwisi i sałatusi niż do pagórków leśnych i łąk zielonych („jedźmy, nikt nie woła” wypowiedziane przez Tomka Jachimka (Jachim Presents), jeśli ktoś miał okazję). mam już sześć stron, jak na razie bez sensu i tak pewnie pozostanie, w końcu to po angielsku, nie muszę być do końca pewny, o czym piszę.
śledzie wyglądają strasznie, rozgniatam je widelcem na jeszcze gorszą papkę, jutro będę błogosławił tą cholerną szynkę z miodem czy coś, trzeba było otworzyć szprotki. rzeczywistość jest dużo gorsza niż wszystkie horrory z freddym krugerem. a konkretnie zimno mi w stopy. o boże co ja jem myślę jeszcze na koniec, przebijam się nożem, padam jak długi. aplauz. kurtyna. jest drugapięćdziesiątcztery.


  • RSS