maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

stereotypy są bleh, masz rację masz rację, bleh są. ale od czegoś trzeba zacząć. jakiś kamień do ociosania. i tak dalej. właściwie to głupota jest bleh. zresztą jak tu nie myśleć schematami, skoro pierwszym obrazkiem z ameryki, jaki mam w pamięci, jest brzuch tego kierowcy autobusu, który wiózł nas z chicago do south bend w stanie indiana. jak tu nie ufać obiegowym opiniom, skoro takich grubasów jak w ameryce nie spotkałem jeszcze w żadnym kraju europy. i to się rzuca w oczy na każdym kroku, te worki tłuszczu zawieszone w jakiś niewyjaśniony sposób w miejscach totalnie absurdalnych. polska kobieta (czy też tak zwana baba) może być gruba, ale amerykańskie słonice składają się głównie z tyłka. przepraszam. to jest złe słowo. (chciałem napisać, z czego, ale źle brzmi). inaczej tego nie można nazwać. niektórym wiszą jeszcze jakieś balerony z przodu, właściwie już pod brzuchem. raczej w okolicach ud. albo pod pachą. i naprawdę byłbym wdzięczny, gdyby ktoś wytłumaczył mi dlaczego to im tam wyrasta i narasta. oto jest właśnie ziarno prawdy, które często wspomina się mówiąc o stereotypach.

ale nie myślmy schematami, nie ulegajmy obiegowym opiniom. posłuchaj, przyjmij, sprawdź, przemyśl i dodaj kilka szczegółów do pobieżnego szkicu, który wszyscy mamy w głowach. właśnie to gotuje mi się pod czaszką, w luźnych notatkach i niedokończonych notkach, ale jakoś nie chce zastygnąć w sensownej formie.

z wiadomości bieżących. od wczoraj legalnie jeżdżę samochodem. tutaj.
z wiadomości kulinarnych. obżeram się zapiekankami z serem i sosem tabasco.

pół tora

12 komentarzy

[25 IV 05] człowiek człowieka do człowieka ludzie ludzi do ludzi chcę! polski w tramwaju pociągu i sklepie znowu chcę usłyszeć! dość mam pixeli, cyfr i literek, dość angielskiego, dość pięciu osób z którymi można w ludzkim języku pogadać! och, utonąć w żywiole ludzkim, w rozmowie, w piwie, w śmichach-hichach i bredzeniu bez sensu. potem jak zwykle wyjśc na balkon i zapytać sie po co to wszystko i stwierdzić, że trzeba odpocząć. ale mieć od czego odpoczywać! w końcu złapać te kilka spojrzeń i utonąć w ramionach w budce telefonicznej w ustach w październiku roku dwa tysiące pierwszego a na imię jej było magda. albo jakoś tak.

[26 IV 05] opowiem wam inną przygodę moją. przedwczoraj zaszedł do nas doktor s., który jest chyba ostatnim polonijnym działaczem w mieście south bend i począł wyrzucać z siebie niekontrolowany potok jęków. o koncercie nieopodal, koncercie filharmoników wrocławskich i że chętnie nas zabierze. jak mogłem się nie zgodzić. jak mogłem nie wychwalać losu za ten cud, za to lądowanie jak z kosmosu orkiestry polskiej na polu kukurydzy w sąsiedztwie. po pełnych napięcia (strachu przed porażką) koncertach orkiestry uniwersyteckiej profesjonalny zespół to miód na moje uszy. dziś o wpół do siódmej doktor S. zajechał i pojechalim. na pokładzie znalazła się jeszcze pewna pani anestozjolog (gruba baba o wiejskich manierach) i jej chuderlawy siostrzeniec (od początku kojarzy mi się na zmianę ze żmiją, złośliwym wężem z jakiejś kresówki i również rysunkową żoną-modliszką z the wall). towarzystwo doborowe, no to ziu.
spóźnieni, weszliśmy akurat w przerwie między suitą lutosławskiego a pierwszym koncertem fortepianowym chopina z genialnym dzieckiem stasiem drzewieckim w roli głównej. potem grali jeszcze jakiś taniec dvoraka i symfonię polską czajkowskiego. w międzyczasie cześć świetnie ci poszło i sciskanie dłoni gwieździe wieczoru za kulisami. chłopak niemiłosiernie wtłoczony w swoją rolę genialnego dziecka, pianist. miły, sympatyczny, spokojny, ale jakiś wyobcowany, zawsze zapięty na ostatni guzik, z brodą jakby ciut za wysoko. nie wiedziałem co myśleć, jak się zachować. dobrze, że tatę ma na luzie. pięć minut, ale jakie ciekawe.
żmija i jego ciotka bezlitośnie, perfidnie zaśmiewali się z jakiejś pani, która zasnęła w trakcie koncertu i doktora s., który wyrwał się z klaskaniem trochę za wcześnie, a potem, kiedy pędziliśmy (ziu ziu) do domu, nie zawsze trafiał w drogę.

Mój pies nie lubi psów
A ja nie lubię ludzi
Woń zadów, jazgot słów
Obu nas szczerze nudzi

brutalnie

[27 IV 05] kogel-mogel, orkiestra ósmego dnia i yes
czyli zupełnie nowe doznania
idę spać

[23 IV 05] po trzech tygodniach pięknej wiosny śnieg znów przykrył uniwersytet notre dame w stanie indiana, właściwie przykrył całe miasto. zima na chwilę odzyskała panowanie nad tym skrawkiem żelbetonowej pustyni. studenci w kurtkach, niektórzy w klapkach, rzucają się śnieżkami. że też chce im się w taką pogodę wychodzić z domu (zawiewa mokry śnieg, na ulicach brudna breja), że też mi się chciało. najki mi przemokły.

zadziwia mnie, jak zupełnie ta nagła zmiana pogody nie zrobiła na nich wrażenia. jakie to wszystko rozbrajająco beztroskie. no sobota jest, trzeba się bawić, jak co tydzień. stuk stuk stłumione szpilek w tej breji, a to sandały, nóżkę jej zmrozi. jedyna zmiana – dzisiaj więcej taksówek. w taką pogodę ludzie powinni siedzieć w domu. poza tym to jest zły przykład. lepiej zacząć od początku.

kiedy tu przyjechałem, z workiem uprzedzeń i stereotypów, spodziewałem się znaleźć to ziarno prawdy, które zwykle podobnym uogólnieniom daje początek. ale kompletnie nie miałem pojęcia, że chwilami zdarzy mi się poczuć do tych ludzi coś na kształt sympatii, że być może będę chciał tu wrócić i przyjrzeć im się bliżej.

[24 IV 05] słońce

Uwielbiam soboty. W soboty ćwiczy od rana, pierwsze dźwięki budzą mnie jeszcze zanim łóżko zdąży ostygnąć. Przesączają się przez zamknięte drzwi salonu, jak światło przez firanki. A musicie to wiedzieć, wiolonczela w jej rękach bije na głowę liry wszystkich Orfeuszy, głosy wszystkich syren świata. Otwieram oczy i po cichu wstaję z łóżka. Oparty o framugę drzwi, podziwiam palce skaczące po strunach w szaleńczym tańcu, jej uda czule obejmujące instrument. Uśmiechamy się do siebie, jeszcze chwilka, ostatnie takty.
— To co dzisiaj na śniadanie?
— Palce, palce lizać. Zrobię jajecznicę. Graj dalej, świetnie mi się gotuje przy Bachu.
— Mhmm…
Po dzisiejszym koncercie absolutnie, totalnie zakochałem się w wiolonczelistkach. To były jakieś wariacje Czajkowskiego. Ona wcale nie była prześliczna. Ale ta moja mogłaby być.

jak nie pójdę. nie pójdę bo się nie sfarciło, nie sfarciło się po prostu i już. bo nie mam na kolejną zmianę rezerwacji biletu, bo nie spojrzałem na stronę z datami koncertów wcześniej i nie wiedziałem, że w tym czasie będę już po innej stronie oceanu. bo na kilka miesięcy zupełnie zapomniałem o dave matthews band i zapomniałem, że tak bardzo o kurwa strasznie chciałem iść na ich koncert. bo o kilka godzin za późno przypomniałem sobie, co jest na tej niepodpisanej płycie, o kilka godzin za późno wrzuciłem ją do discmana, o kilka godzin za późno zobaczyłem, że drugiego czerwca w tinley park, IL… i że bilety takie tanie.
i chuj. nie pójdę.

to sobie zjem grejpfruta i mozarta posłucham. (dona nobis pacem)

eee?

23 komentarzy

wracałem właśnie z tego irlandzkiego filmu o martwych ciałach zazdrościłem temu chudzielcowi że ta ruda i piegowata ale jakie oczy miała leci na niego i nawet patrzyła jak tamta umiera pomocy nie wezwała bo chciała żeby on tylko dla niej był albo co może co innego chciała nie wiem ale ładna była i go chciała i mu zazdrościłem kiedy pomyślałem że przejadę się po kampusie i zobaczę kto tam tak napierdala w gitarę a to tylko studenci śpią w kartonowych pudłach jakiś happening i chcą się trochę rozgrzać przed czy coś i pomyślałem że o tu tu w tym akademiku czyli dormie jak to oni mówią mieszka robert my english tutor as he would put it i że może wpadnę do niego ale pomyślałem że może nie bo może ma coś do roboty ale przypiąłem rower do jakiejś ławki i poszedłem na górę i on tam był i była jakaś laska megan i piliśmy trochę wódki a że laska była pomyślałem a zostanę piękne oczy i tylko oczy a oni szli na imprezę upstairs to poszedłem z nimi wcześniej wypiliśmy dwie wódki i jegermeistera z jeleniem imported a na imprezie piwko ale jakąś lurę a ona ta megan mówiła że to dobre ale oni się nie znają bo nie pili nigdy porządnego piwa a ja udaję że niby tyle tego wypiłem i wiem co dobre stary wyga wilk morski etcetera etcetera no wystarczy a potem mieliśmy iść do baru bo dzisiaj wpuszczają od osiemnastu ale nie miałem ajdi więc na rower i do domu po ajdi ogoliłem się i ubrałem lepiej bo na film to się nie dba to co to się tam nosi i tak spociłem się jak świnia bo daleko i szybko trzeba było ale przyjechałem a oni mówią że będzie jeszcze kilka kobitek ale potem megan powiedziała że jednak nie jest od osiemnastu więc one nawet nie wyszły i nie mogłem sprawdzić czego one warte choć na mnie i tak patrzyłyby krzywo jak wszystkie i nie mówcie nie pierdol bo tak mówicie a jak przychodzi co do czego i tak wszystkie mnie omijają więc tak nie mówcie tylko trzydziestki na mnie lecą w tramwaju i w schroniskach górskich a może odwrotnie i nic z tego a potem poszliśmy do nich robert trzymał tę swoją megan za rączke jak to przystało na parę gurli grurli gołąpużek nierozrączek i był south park z diwidi a jego rummejt zrobił sobie popcorn z mikrofali i nie poczęstował nikogo wokół może oni tak mają że każdy ma swoje i już bo piwa też na wzajem swojego nie ruszali a potem robert poszedł ją odprowadzić i dalej south park więc po pół godziny wyszedłem wsiadłem na rower i odjechałem w siną dal wśród zgiełku dogasających imprez u schyłku roku akademickiego 2004/2005 w university of notre dame du lac south bend indiana i nie będzie na końcu żadnego yes I said yes I will Yes bo nikt tu nie przeżywa żadnych orgazmów

fragment

8 komentarzy

siedzimy. siedzimy, siedzimy, siedzimy. i nic. kurwa nic. moglibyśmy palić papierosy, ale nie palimy papierosów, bo to się kojarzy. mi się kojarzy (bo my tu w ogóle nie pasuje, oj nie). i rozmawiamy, a tak, o pierdolutach jakiś tam, ktoś tam w bilard stuka. no o dupach i o wódce, że grejgus jest zajebiste i może tamten załatwi butelkę to się sami przekonacie. przecież o książkach z nimi nie pogadam, bo to śmiech i w ogóle weź wypierdalaj kurwa artysta filozof się znalazł. więc nie o tym, a kurwa lata z ust do ust aż nadążyć nie może. no i ja obcy tutaj, bo niby taki sam polak, a do kraju wracać chcę! boją się trochę, ameryka go nie uwodzi!? polski mu się zachciewa! i ja trochę niepewny, próbuję się nie wyróżniać, a w ogóle to „co tam kurwa u ciebie? niezłe pardy się szykuje, no ziomek”.
a, no właśnie. techniawa uderza po uszach i cyckach (metju mówi, że to progresiw, ale i tak nie odróżniam). i tak pyk pyk stuk puk tam z boku leci bila do dziury a ten tamten jeszcze po angielsku mówi, bo to trzecie pokolenie i polskiego się od kolegi nauczył, słabo (włosy na żel, włosy na żel, włosy na żel do góry! jak łopatą). ale zaraz światło zgaśnie, zaraz przyjdą laski i zmieni się klimat. zaraz skończy się kumpelstwo, zaczną igrzyska. ale jeszcze majk pyta czy jest impreza w „enerdżi”, metju że w czwartek będzie zajebiste pardy i lasencje loda robią na parkingu, jak masz samochód. no to o samochodach, galerie i przechwałki. o karach właściwie i tjuningach.
stuk puk, do drzwi tym razem, przyszedł heniu góral, czyli pan „nie używaj trudnych wyrazów, bo jak nie zrozumie to wpierdol” z jakąś czarnowłosą brzydulą, która potem przez dwadzieścia minut stała nieruchomo oparta o ścianę i patrzyła jak gramy w bilarda (ja i głodek kontra metju i jego kumpel trzecie pokolenie, co druga kolejka moja łojezu nawet trafiałem cud cud cud). o, przepraszam. w pula oczywiście. ale znowu puk stuk, więc stół bilardowy na bok (trzy cztery, do góry! i niesiemy!). ciekawie się robi, ciekawie.

b.jpgiałogłowy nadobne w stalowych saniach u boku rycerza cnego urody nieziemskiej przybyły i pozdrowienia na prawo i lewo rozdają, a kto tylko łaską tak nobilitującą obdarzony zostanie, płoni się, składa ukłon klepisko piórem kapelusza zamiatając, a radość wielka serce mu rozpala. Takoż i ja pozdrowiony zostałem i już w cień wycofać się pragnę (by osobą moją lichą czcigodnym gościom głowy nie zaprzątać), gdy nagle gest łaski najwyższej z rąk panny Agnieszki na mnie spływa. Oto gładka ta białogłowa swą rękę ku mnie wyciąga, ja na kolana i do rąk jej przypadam, całując z czcią i nabożeństwem. Już pozdrowieni przed zgromadzeniem piersi wypinają, na wzór gladiatorów starożytnych wielkość swą prezentują i towarzyską pozycją się puszą. Pozbawieni tej łaski pod ścianami z groźnym błyskiem w oku we wąsiska sobie plują.

i picie się zaczyna od razu, znikąd wyskakuje butelka z kryształowym płynem. „ucho” – trzy litry i okrągły uchwyt. raz dwa trzy pijesz ty.
- no dawaj dawaj, no nie bądź… no nie gadaj, że kurwa nie pijesz, no dawaj. łukasz jestem, ale normalnie to toudi.
wyciągane dłonie, lepki uścisk nad stołem.
- miło mi.
wódka, popita i jedziemy. w przerwie piwo. gaśnie światło, techniawa głośniej, ktoś załącza ultravajolet, robi się tłoczno. pijemy. za mało gazu, żeby tańczyć.
- spoko, staryyy. jeszszzcze trochę. spiją się, lepsze dupy przyjdą, wyciągną ziomali na parkiet.
Oooooooooo! wilku mowa! wchodzi taka, tego no, włosy czarne, gęste długie, szpilki, szczupła wiadomo, od razu się człowiek weselszy robi. ale nie dla psa kiełbasa, jakiś mięśniak za nią, po dupie podszczypuje i spode łba źle mu z oczu patrzy.

niedziela

20 komentarzy

moje programowe niemal nie wiem, nie jestem pewien (pierwotnie mające chronić przed demonem pochopnego formułowania myśli), które tak ochoczo i niezmiennie głoszę od kilku miesięcy, ostatecznie okazało się ciężką kulą u nogi. stało się zwolnieniem z obowiązku myślenia w ogóle, usprawiedliwieniem dla intelektualnego lenistwa. napotykając problem stwierdzam nie wiem, poczekam, jakbym miał nadzieję, że rozwiązanie spadnie z nieba. w głowie mam letnią gęstą zupę, na którą nawet kundel ostatni nosem kręci.
a za poczekam, może samo wpadnie idzie zaraz od jutra…, od jutra to, od jutra tamto, jakbym zapomniał o tej nieuchronnej właściwości jutra, że szybko zamienia się w dzisiaj przesuwając realizację wszystkich śmiałych zamierzeń w nieskończoną przyszłość ruchem jednostajnym prostoliniowym, z prędkością jednego dnia na dzień (choć można się kłócić twierdząc, że ruch odbywa się skokowo – tym gorzej dla mnie).
czuję się zabetonowany. za dużo zjadłem truskawek z bitą śmietaną albo odwrotnie. gorąco jest, wiosna w pełni. wiem, co mam robić, ale mi się nie chce.

nie nie

17 komentarzy

przepraszam, jeszcze chwilę. jeszcze dociera do mnie, za lasem, za gumnem czuję czarne chmury i wszyscy mi mówią (choć ludziom już łatwiej normalnie rozmawiać, już mniej przytłacza ich atmosfera – o tak! atmosfera przede wszystkim!), że jakoś tak dziwnie i ja czuję że jakoś tak dziwnie, a potem czytam, dużo czytam i mi głupio.

a dzisiaj wyspałem się i ładna pogoda, otwieram okno. i jakoś tak dziwnie dziwnie nie wiem nie umiem. jednak biorąc pod uwagę rozmaite okoliczności, nie sposób się nie uśmiechnąć.

[później] pada, ale ledwo daje się odczuć. wiosennie. na uniwersytecie spotykam zająca.
so i look to my…, nie sposób.

clockwork orange stanley kubrick i młody mcdowell.

to co wszyscy wiedzą i od czego szklą się oczy i siedzi się cały dzień przed ekranem i czyta i ogląda i słucha i są tysiące komentarzy i się nie umie napisać ani jednego bo wszystko brzmi tak tak tak jakoś nie tak nie jak trzeba nie jak potrzeba choć ja nie wiem nie rozumiem i niby dlaczego uwiera ale przecież wtedy nie wiedziałem nie wiedziałem że siedem tysięcy komentarzy i że łzy w oczach mi staną i wyschną i nie wiem nie wiem nie wiem dlaczego już popłynęło i nie wsiąkło tak jak trzeba a studenci i tak robili imprezy.

closer mike nichols i can’t take my eyes off you miss portman.


  • RSS