maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

wiosna

18 komentarzy

o tej porze tam już pachnie żywicą kiedy po lewej pojawia się las a po prawej w głębi stara kamienica i zaczyna szczekać czarny pies i rottweiler sąsiada pysk rozbija o ceglany płot ciepło jest i ulica pylista a zapach jeszcze inny to wszystko razem którego nie umiem nazwać już tylko pamiętam że był ale jaki to nie bardzo oj nie bardzo i czerwony dach się pojawia zza dębów się wyłania a pies szczeka czarny tylko że mój tym razem a potem otwieram furtkę a dalej to już może być inaczej tyle czasu minęło nie chodzi o zapach o jego brak chodzi bo wiosna tutaj topi góry brudnego śniegu i amerykanki w klapki ubiera i nic więcej nucę my favourite things

[1]miało być w piątek, a ledwo wyrabiam się na niedzielę, ale cóż, bywa. muzyczny apdejt wreszcie zapdejtowany i zaplołdowany na serwer. czyli znów ponad 300 MB muzyki. zacznę od dołu, bo tak łatwiej. czyli na początek trochę klasyki. ravela la valse (dwa fortepiany szaleją) oraz liszta totentanz i mephisto waltz. potem pseudo-psychodeliczny zjeb z kradzioną perkusją, czyli zarwane noce maurycego. następnie jazzowe wariacje jacques’a loussier’a na temat bacha. z powyższych polecam la valse i jesu bleibet…. beethoven poleciał.

dalej zaczyna się coś większego (wyżej właściwie), czyli pink floyd. dla mnie absolutni mistrzowie muzyki dwudziestego wieku (nie, nie zmieniam zdania, coltrane i spółka pozostają mistrzami jazzu). ale panowie waters, gilmour, mason i wright to zupełnie inna para kaloszy. zaczynali z sydem barretem (który potem zaczął ostro ćpać) od psychodelicznych piosenek, choć już na początku bardziej chyba kręciła ich muzyka niż teksty (patrz astronomy domine). po pierwszej płycie (the piper at the gates of dawn) było tylko lepiej. już a saucerful of secrets pokazuje jak wspaniale zaczęli się rozwijać, a co dopiero atom heart mother, ummagumma, meddle, dark side of the moon (którą wrzuciłem w całości i od niej polecam zacząć). aż do wish you were here. po tym albumie władzę zaczął przejmować pan waters i wszystko się skiepściło (animals i the wall to niemal jego solowe projekty, pisane z niewielką pomocą gilmoura, a final cut został wydany jako a requiem for the post war dream by roger waters – performed by pink floyd). pink floyd się rozpadło. potem niby się reaktywowali (bez watersa), zagrali serię świetnych koncertów, ale nic świeżego nie udało im się stworzyć moim zdaniem (ze tego okresu tylko piosenka high hopes).

płyty ułożone są w kolejności chronologicznej, piosenki na płytach w takiej kolejności w jakiej znajdowały się na płycie. jeśli przy tytule pojawia się „(p)” oznacza to, że wersja pochodzi z koncertu live at pompeii, choćby dlatego, że była lepsza. (polecam film, był to protest przeciwko rozkrzyczanym i zaćpanym tłumom woodstocku – grali bez publiczności – można ściągnąć z emule’a). utwory z pompei przyporządkowałem jednak do płyt, na których po raz pierwszy się pojawiły (echoes pierwotnie jednoczęściowe, dla potrzeb koncertu podzielone na dwie części).

kilka ciekawostek. several species of small furry animals gathered together in a cave and grooving with a pict rogera watersa to kawałek z płyty ummagumma, składającej się z części koncertowej i części studyjnej dla której utwory po raz pierwszy z zasady pisane były indywidualnie przez każdego z członków. zamieszczony utworek watersa to raczej pink floydowy dziwoląg (uwaga na uszy). podobnie jest z mademoiselle knobs – waters (basista) gra bluesa na gitarze akustycznej, gilmour (gitarzysta) na harmonijce ustnej, a przy mikrofonie pies rasy zdaje się border collie dośpiewuje nierzadko nawet trafiając w odpowiednie dźwięki. poza tym dark side of the moon podobno ładnie się zgrywa z amerykańskim filmem czarnoksiężnik z krainy oz – więcej tutaj (po angielsku).

dla ciekawskich:

Tutaj najobszerniejsza polska strona o PF.
Tutaj chyba najobszerniejsza angielska strona o PF.

dobra, koniec przynudzania. smacznego! (dla niewtajemniczonych – po lewej w linkach, pod music są empetrójki do ściągnięcia, ale cicho, bo się wyda).

[2]ojciec mi przez telefon mówi, że zmartwychwstał (naczy się jezus, nie?), a ja totalnie nie wiem, co mu odpowiedzieć, więc mruczę tylko coś w stylu „no wiem”. wczoraj w kościele z jakimś wstydliwym dystansem, trochę obok i myślami gdzieś indziej. a tam chrzczą studentów i śpiewają exultet iam angelica turba caelorum. nie wiem nie wiem, bez sensu (i never had the nerve to make the final cut – może o to chodzi). i co mi z tymi cytatami?

drugi

22 komentarzy

[1]dobra, koniec o terry (terri?). ja już w każdym razie nie mogę.

[2]trans-atlantyk w teatrze telewizji cienkawy bardzo (główna rola obsadzona koszmarnie moim zdaniem).

[3]dzisiaj lub jutro update muzyczny z obszernym wprowadzeniem (bo jest do czego), a tymczasem owoc dzisiejszej nocy, czyli drugi. Coś zupełnie, zupełnie innego, żadnych więcej bluesów (pętla perkusyjna ściągnięta z sieci, reszta własna). Najlepiej użyć słuchawek.

[4]słońce dziś rano mnie oślepiło.

Wprowadzają zamęt redaktorzy onet.pl, którzy w opisach zdjęć ilustrujących „dramat terry schiavo” używają rozróżnienia na zwolenników i przeciwników eutanazji. Być może rzeczywiście pod hospicjum w Woodside część protestujacych stanowią członkowie organizacji stojących po obu stronach tej barykady. Ale ale. Nie mylmy pojęć. Sprawa Terry Schiavo nie jest sprawą o eutanazję. Eutanazja jest przecież sztucznym, rozmyślnym przyspieszeniem śmierci. Tym czasem w sprawie Terry Schiavo toczy się spór o sztuczne przedłużanie życia. I możnaby tu o setkach tysięcy w Indiach i w Afryce, o tych setkach tysięcy, które wycinane są w pień rokrocznie, ale przecież to setki tysięcy są wycinane i głodują. A czy setka tysięcy wygląda na istotę ludzką? No nie wygląda. Bo jest pierdolonym ciągiem sześciu znaków zaczynających sie jedynką a kończońcych zerem. A Terry Schiavo przecież możemy zobaczyć na zdjęciach, jak mamusia całuje ją w policzek. Możemy zobaczyć setki „zwolenników” i „przeciwników” eutanazji, którzy chyba nawet nie mają pojęcia, o co się tam rozchodzi.
Bo rozchodzi się nie o to, czy możemy czyjeś życie skrócić, ale o to czy możemy je przedłużać. I co na to zatwardziali chrześcijańscy fundamentaliści? No oczywiście, przedłużać! Tylko jeden mały problem się pojawia. Minęło piętnaście lat, odkąd ktoś podjął decyzje, że jej życie będzie sztucznie podtrzymane. I teraz cofnięcie tej decyzji jest brane za zgodę na eutanazję. Sam się w tym wszystkim troche pogubiłem, nic dziwnego, że Amerykanie się gubią. I jeszcze: czy państwo ma prawo się wtrącać? a może ma obowiązek (tylko w tym przypadku źle go rozumie)? Bo tutaj niebezpieczne precedensy powstają (znów mógłbym rozwinąć o państwach policyjnych i tak dalej, ale może innym razem).
Ale jedno mnie wkurwia najbardziej. Że ktoś w ogóle miesza w to Boga, bo przecież decydując o podtrzymaniu jej życia już wyrzucono Boga za drzwi. Więc proszę mi o Bogu nie pierdolić tutaj, bo to czysta propaganda. Pamiętajmy jeszcze, że Schiavo po odłączeniu od aparatury będzie umierać przez dwa tygodnie po prostu z głodu, przez dwa tygodnie jej organizm będzie trawił sam siebie. Ale z drugiej strony to jest nieuniknione, przecież w końcu będzie trzeba.

A może. A może pozostanę obojętny. Wyjadę może z naturalną selekcją i spartańskimi metodami zrzucania dzieci ze skały (mnie też by zrzucili). Jakoś trzeba przepłynąć między Scyllą i Charybdą. (kurwa kurwa, znów bez pointy, lads and gals).

Tutaj onet.pl o Terry Schiavo. Tutaj galeria.

[24 III] Tutaj za to głos etyków. Z wczoraj.

betoniarka! betoniarka mi zagłusza beethovena! gwałtowne, bolesne zderzenie ducha ludzkiego z siermiężną techniką, geniuszu z betonem! ja sobie nie życzę, proszę pani, wypraszam sobie, proszę mi tu nie buczeć na całą wieś, nie warczeć na całe gardło! pani nie słucha? dobrze, pójdę sobie! a co mi tam.
żądam (no przecież mogę, każdy dziś może żądać. a nawet pożądać!), żądam zakazu uruchamiania betoniarek, gdy ja słucham beethovena! gdy ja słucham! betoniarki tylko na smyczy i w kagańcu, kupki zbierać lateksową rękawicą! precz z betoniarkami! Ludwig’s not dead! i śnieg znowu pada! żądam… nie! zabraniam! studenci na zielono studenci na zielono studenci na zielono. łoz ap? hepi sejnt petriks dej. aha! zielono-biały patryk, zielona miniówka, śnieg, betoniarka. gdy ja beethovena słucham!


gdybyście przypadkiem chcieli coś jeszcze z muzyki zassać ode mnie, to proszę się pospieszyć, bo z dniem jutrzejszym (dajmy na to poniedziałek 5:00 AM – czyli rano) wszystko wywalam (oprócz beethovena). już prawie miesiąc minął. będzie apdejt.

o iwono! zakochałem się w Tobie iwono!
zakochałem się w Tobie cimcirymci ością w gardle mi stroisz!

karasia zjadłbym w śmietanie!
szambelanie!
najjaśniejszy panie!

jestem osamotniona
nikt nie zna tajni mego lona

giętka chce być jak kalina
i giętka jak leszczyna
i giętka jak pęcina

tak!  s o b i e…

zakochałem się. o witoldzie! gdzie tam jesteś witoldzie? filipie?

i po co walenty?

na pohybel księżniczce burgunda!

dzienniki wczoraj skończyłem.
piję mocną herbatę.
psuję sobie.

aha aha (uwaga! tu będzie myśl genialna!)
łatwość – oto nasz diabeł.
to trzeba będzie rozwinąć.

gombrowicz w berlinie (18.V.63)
kwartety smyczkowe beethovena (pierwszy i siódmy) – genialne!
wódka z sokiem pomarańczowym (seagram’s + tropicana)
łacina i angielski
list do m.
czwarta trzydzieści
obudźcie mnie rano – zimną wodę na twarz

dwanaście godzin
dwadzieścia stron
pół litra mleka

tandil.jpg„zanudzisz się na śmierć w Tandilu”

                                              W. Gombrowicz, Dzienniki

siedzę na ławce przed księgarnią. czekam. tyłek zmókł mi od siodełka, które przesiąkło wodą z ostatnich roztopów. po boisku footballowym chodzi jakiś facet i gra na dudach. w pole widzenia wchodzi tatuś i jego trzech synów w wieku może 6-10 lat. wszyscy ubrani w bawełniane dresy, z piłkami do kosza w rękach. tatuś będzie uczył swoich chłopców jak być prawdziwymi mężczyznami. za dziećmi idzie mamusia ubrana podobnie, tyle że kolory gorzej dopasowane, jakiś koszmar. i wielki odstający tyłek, niepowtarzalnie amerykański. mamusia będzie kibicować swoim chłopcom, którzy dziś staną się mężczyznami. słońce świeci, piłki uderzają w beton, dudy zawodzą kawałek dalej, wszystko szumi. zanudzisz się na śmierć…


  • RSS