maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

sunset1.jpg

poszedłem na spacer. Robiłem zdjęcia słuchając na zmianę Pärta i Pidżamy Porno (tak, usilnie staram się, żeby nie było nudno).

[a] Gombrowicz. W czytaniu Dzienników jakiś dziwny zastój, ogarnęło mnie totalne lenistwo, nawet pisać mi się nie chce. Poza tym zacząłem się bać, że mnie Witold za kołnierz capnął i nie puści. Zacząłem mu się przyglądać podejrzliwie, spode łba trochę. Bo coś klękam za bardzo, coś gębę za bardzo rozdziawiam, więc się wzdrygam z takim o nie!, a potem się łapię na tym, że moje wzdryganie jest de facto padaniem na kolana jeszcze głębszym. Już mnie złapał i podniósł do góry, w powietrzu macham nogami, ani do przodu, ani do tyłu, ale ja się panu wyrwę, panie Gombrowicz, jeszcze się wyrwę. Na razie jednak ucapił mnie rymem swoim, mnóstwo rzeczy rymuje mi się zupełnie po gombrowiczowsku, ten rym mnie złapał w swoje sidła i puścić nie chcę za cholerę. Wkradł się we mnie i strasznie się panoszy. W międzyczasie mutuje i zaraża kolejne komórki jak wirus. Zrymował mi wczoraj dwa filmy, bo bohaterki podobne i sytuacja podobna i już się z rymu nie mogłem wyrwać, aż cała treść rymowaniem nieobjęta wyciekła i została stracona na zawsze. No, co ja pierdolę, nie na zawsze, do następnej projekcji. Choć nie, filmy takie sobie, więc pewnie następnego razu nie będzie. To przeklęte (może pseudo- ?) gombrowiczowskie rymowanie działa na zasadzie niewinnych podobieństw obrazów i treści. Wystarczy, że mam w głowie coś na kształt zasady i już obsesja, już porywa mnie nurt, już nie mogę spać spokojnie. Eh, wszystko jakieś sflaczałe, jakaś apatia, jakaś wyblakłość mnie dopada. I brak mi słów.

[b] A temat nie jest łatwy, trzebaby trochę pogestykulować i robić cy cy cy, ale z przyczyn technicznych się nie da. To już trzecia próba i coś mi się nie wydaje, żeby miała pójść lepiej niż poprzednie. Mógłbym w tym miejscu krzyknąć Eureka!, ale apatia, apatia, bladość i zgrzytanie zębami. Bo odkrył mi się całkiem niedawno zupełnie nowy obszar, nowy świat niemalże. Jak to napisać, jak to napisać, no kurwa. Nowa klasa relacji może, ale bez pseudonaukowego bełkotu proszę. Rzucanie okiem, słuchanie jednym uchem, zbywanie dwoma słowami, zgadzam się z tobą, ale…, mała manipulacja i już słuchaczowi się wydaje, że tu coś wynika, kiedy nie wynika. Nieprawomocne argumenty, oportunistyczne interpretacje, wzbudzane świadomie i nie. Jak to w kupę zebrać? O Jezu. Relacje niepełne, zdegradowane, naciągane, ale jakże potężne w swojej liczebności, wszechobecne, bo niedoskonałe, jak każda próba nadania rzeczywistości absolutnego (czyli niepodważalnego) sensu. Ślizgam się, ślizgam oślizgle i prześlizguję obok, nieświadomie (z początku) zestrajam się z tematem. Cy cy cy, no wiecie. Świat na końcu języka i tuż pod powierzchnią, świat ukrytych nurtów, prądów pobocznych, świat luźnych nawiązań i skojarzeń, nie do końca uprawnionych wniosków. Podoba mi się to słowo undercurrent, podoba mi się a propos. Takie wiecie, niedomknięcia i niedopasowania, niedociągnięcia. Eh, tego się nie da opisać. Przegrywam, przegrywam, czyli zdaję sobie sprawę. Apatia, szarości, wyblakłość.

[c] Wczoraj minęło pół roku. Jeszcze ćwierć. Bilety do Meksyku na dwunastego maja, do Polski na dwudziestego siódmego, poza tym od dzisiaj laptop dla mnie na wyłączność przez te trzy miesiące, co wbrew oczekiwaniom nic nie ułatwia. Na kolację pita i mdły kanadyjski brie, piper at the gates of down i możdżer. Pomarańcze. Zbyt słodkie i zbyt wodniste.

to znaczy nie przerwa, tylko przerywnik. prawie 300 MB muzyki wrzuciłem dzisiaj na serwer. po pierwsze jedna piosenka billego joela (jedyna, która mi się podoba) – piano man. pianino i harmonijka ustna. ciekawe, choć popowate. po drugie fragmenty koncertu loreeny mckennitt, kanadyjki zawascynowanej muzyką celtycką. następnie „monumentalna” carmina burana carla orffa, również we fragmentach (wybrałem moje ulubione oczywiście). dalej sigur ros, ba ba ti ki do do w całości. dwa pierwsze kawałki to bardzo ciekawe tirlitirli, ostatni raczej zgrzytyszurumburumtrzask. za sigurami dave matthews band, amerykański zespół z charlotesville grający (jak mówią niektórzy) mieszankę rocka, jazzu, folku i death metalu. większość piosenek pochodzi z koncertu w central parku. następnie trzy piosenki nory jones z jej pierwszej płyty, której słuchałem kiedyś non stop przez dwa czy trzy tygodnie i nadal lubię do niej wrócić. na koniec dwa utwory w kilku wykonaniach, czyli trochę o tym, jak ewoluuje muzyka. a właściwie utwór muzyczny, czy też melodia. (albo co się wyprawia z hitami). najpierw greensleeves (przypisywane henrykowi VIII) w siedmiu wersjach (różnią się, oj różnią). potem trzy wersje genialnego all along the watchtower boba dylana.

żeby Was tym uraczyć, musiałem niestety wywalić wszystko, co wisiało tam dotychczas. z jazzu zostawiam tylko moje ulubione my favourite things i a love supreme mistrza coltrane’a.

w razie czego, proszę o informacje na temat pieprzniętych linków.

smacznego.


aha. jeszcze system of a down, żeby nie było za lekko.
i nie martwcie się, to sobie tutaj powisi dość długo.

wtorek

24 komentarzy

jabłko o smaku kwaśnych winogron.
łosoś o smaku kiełbasy.
rym cym cym.

Sobota

19 komentarzy

O pierwszej w nocy biorę gitarę i zaczynam grać. Cicho, żeby nie budzić tej pani o niemieckim nazwisku, która mieszka pod nami. Trzy piosenki. Jedną z nich mieliśmy w zwyczaju śpiewać latem około godziny przed wschodem słońca, pozostałe, mimo że nie wiążą się bezpośrednio z tamtymi czasami, utrzymane w tym samym klimacie również przypominają mi długie noce przy ogniskach i świeczkach płonących w rozmaitych zakątkach Polski. Wstyd się przyznać może, trudno to przechodzi przez gardło, ale czego się wstydzić? Siebie? Jak powiedział ostatnio Ł., to już w nas zostanie, nic nie możemy zrobić. Ale nie ma czego żałować. Z nimi przenosiłem się w świat z filmów i książek. Mogłem być Robin Hoodem i Winnetou, rycerzem i komandosem. Zabawa i wędrowanie, błogozmęczenie. I kilka wartościowych osób, galeria charakterów, rozmowy do czwartej nad ranem. Właściwie do tego wszystko się sprowadzało. Pod tym były jeszcze inne treści, w które nawet wierzyłem, ale kiedy ludzie odeszli, skończyła się zabawa, a zasady, na których to wszystko się opierało, powoli zacząłem uznawać za przestarzałe i wręcz bezsensowne. Słodko-gorzkie wspomnienia o dzieciństwie już minionym, o wszystkich wysiłkach, które kończyły się rozpierającą piersi satysfakcją, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy przeszedłem więcej niż dziesięć kilometrów z plecakiem, jak czternastogodzinny zimowy rajd na Babią Górę w śniegu po pas. Słodko-gorzkie wspomnienia, wędrowanie, lekki idealizm. Tyle zostało. Nie żałuję.

Ale ale. Przyjemnie się tak czasem uśmiechnąć do siebie sprzed lat podśpiewując te zwrotki, ale bez przesady. Tutaj i teraz, mówi mar. Tam wszyscy czekają na wiosnę. Niech Polskę nie wiosnę zobaczę. Tutaj. Nie ten czas. Teraz. Sytuacja moja na kontynencie amerykańskim staje się coraz bardziej beznadziejna. Im więcej sobie uświadamiam, tym. Problemy tylko w głowie, ale tylko głowa. Ot co. Nie żyję prawdziwym życiem, paraliżuje mnie wszechogarniająca tymczasowość, biorę Amerykę na przeczekanie. Jeszcze tylko i jeszcze tylko. Jak wrócisz, to. Nie angażuję się, bo po co, skoro. Żyję życiem niepełnym, skarlałym, zubożonym o kilka wymiarów rzeczywistości, o dziesiątki kilometrów sześciennych przestrzeni, biliony fragmentów informacji. Poruszam się właściwie po jednej trasie, słucham muzyki. Gram, czytam i piszę. Oto cała moja egzystencja w tym wyblakłym miejscu, gdzie żaden kolor nie jest porządnie nasycony. Nie rozmawiam, ggadam albo słucham i mówię do mikrofonu. Wszystko wokół szumi, co denerwuje mnie niewyobrażalnie. Klimatyzatory, lodówka, wentylator, komputer, ulica. Po tamtej stronie jest ciszej na co dzień.

Odrywam się od rzeczywistości. Na pierwszy plan coraz bardziej wysuwa się słowo. Ale czytając wciąż odkrywam jego niedoskonałość, bezsilność w starciu z rzeczywistością, jego rozpaczliwe podrygi. Pisząc, nie mogę go opanować. Ach, jeszcze muzyka. Pan John Coltrane robi mi dobrze. Muzyka i słowo. Czysta forma i forma niedoskonała. I nadmierna zarazem. Każda myśl zamienia się we frazę, każda czynność w próbę jej opisu. W miejsce przedmiotu natychmiast wskakuje nazwa, dobija rzeczywistość i po chwili zostaje już tylko uporządkowany zbiór liter bez większego znaczenia (a my nie chcemy uciekać stąd?). Słowo wszechogarniające i bezsilne zarazem. Muszę odzyskać dla siebie tę część świata, która mu nie podlega. Gdzie?

Poza tym przedwczoraj z ciekawości przeczytałem Dana Browna Kod Leonarda da Vinci. Książka do pewnego stopnia wciągająca, ale ostatecznie przydługa. I potwornie napisana, jak dla przeciętnego amerykańskiego ćwierćinteligenta (jednak). Te porównania Wielkiej Galerii Luwru do pociągu i zagrywki w podobnym stylu po prostu wkurzają. Ale zarazem poraża mnie marketingowa sprawność autora. Genialnie wybrany target! Zabobonny plebs będzie świetnie czuł się w tym języku, wśród tych podpowiedzianych rozwiązań, na które, jak mu się wydaje, wpadł bez niczyjej pomocy. Trochę bardziej wymagający czytelnik dostrzeże te chwyty, dostrzeże niedoskonałości, ale jest szansa, że się wciągnie, bo intryga i sposób dawkowania informacji raczej Brownowi wyszły. No i temat jest na swój sposób pikantny. Ale ten język, ten język! Nie chodzi o coś, co można spieprzyć w tłumaczeniu. Wkurza mnie takie oszukaństwo. Marchewka zgniła po tej słabiej widocznej stronie. Ale jednak. Genialny biznesmen. Aha. Zakończenie zjebane. Nie sądzę, żeby Umberto Eco pozwolił Brownowi wyczyścić mu buty.

Tutaj i teraz. Gombrowicz rozśmiesza mnie piątkiem w Santiago (kursywą, w nawiasie, rozdział X, tom II jakby ktoś szukał). The Village Shyamalan’a rymuje mi się ze The Stepford Wives Franka Oza wywołując niepokojące przeczucie, że amerykanie wcale nie najlepiej czują się we własnej skórze. Bob Dylan śpiewa oh, the times they are a-changin’. Ag. mówi pisz pisz…. Czuję się dobrze, mimo wszystko. Mogło być gorzej. Ctrl+C. Ctrl+V.

mi się

40 komentarzy

[20:20]przypomniałem sobie, chodziło o smak ciastka kawowego z tej włoskiej knajpy w San Francisco. no to poszedłem sobie takie kupić. ciastka w kształcie serca mi przypomniały (mamrotałem kurwa, znów te jebane walentynki). dzisiaj pod prysznicem uwierzyłem w Boga. na chwilę. przez chwilę byłem wręcz przekonany. albo mi się zdawało, ciepła woda tak fajnie spływała po głowie i plecach, mogłem się rozmarzyć. jakobe przypomniał mi, że na dnie szuflady mam metaliki garage inc. DAJ DAJ DAJ MAJ DARLIN! (numer 5) ASTRONOMI! E STAR! (8) ŁYSKI IN DE DŻARROŁ! (9). rzygam sobie. rozpływa się po glebie.
spokojnie. mogwai – don’t cry, zajebałem mju.


[00:03]die die die my darling. ciemna, zimna noc, pada. tak łatwo byłoby stoczyć się w wisielczy pesymizm! czarne tło, podkrążone oczy i krew na monitorze. nastrój jak z gotyckiego horroru w stylu draculi czy jeźdźca bez głowy. z drugiej strony mógłbym mieć nadzieję, że deszcz jest zwiastunem nadchodzącego przedwiośnia. z nadzieją nam będzie do twarzy. drżymy, czy. nie nie. następną myśl obejmuję w pół, zuchwale. namiętnie zawisa mi na ustach. uśmiecham się pobłażliwie, trochę szyderczo. to wszystko tutaj, tam. chwilę póżniej już śmieję się w głos, a para amerykańskich studentów patrzy na mnie z lekkim rozbawieniem. ale śmieję się, śmieję się coraz śmielej. bo jak tu się nie śmiać, skoro problemy są tylko w naszej głowie. choć kto inny napisał tę piosenkę.


państwo patrzą tutaj i się podpisują

dziwne uczucie. jakbym szczęście miał na końcu języka. jakbym na końcu języka miał smak, który mnie nasyci. irracjonalne, głupie uczucie. potem wydaję mi się, że to już było.

kilka godzin później nie chcę już słuchać, że jutro możemy być szczęśliwi, wolę trudno nie wierzyć w nic, bo bardziej pasuje do sytuacji. bawię się benzynową zapalniczką zippo idąc korytarzem biurowego budynku na uniwersytecie notre dame w stanie indiana. wsiadam na rower. na końcu języka mam spokój.

[3:12](w czarnym zeszycie) Nic z tego nie będzie. Nie wiem, czy to rodzaj jakiejś kary za grzechy, za bluźnierstwo, którego dopuściłem się mniej więcej trzy godziny temu opisując ciała zmartwychwstanie jako powrót żywych trupów (szkielety i nadgniłe trupy wychodzą z grobów i złorzeczą Bogu za to, jak spełnia swoje obietnice), czy to mimowolna zemsta mojego organizmu za przedwczorajsze męczarnie (próbuje przyzwyczaić się do wydłużonej doby?), czy rezultat tej półgodzinnej drzemki, którą uciąłem sobie wczoraj między za piętnaście jedenasta a piętnaście po. A może opóźnione działanie kofeiny pochodzącej z puszki Coca-Coli, którą wypiłem osiem godzin później.
Godzinę temu wyobraziła mi się (o tak! mi się!) krew spływająca z lewego nadgarstka na podłogę. Myślę, że stało się to w skutek irracjonalnej złości na siebie samego. O pardon! Na moje ciało właściwie. Na ten cholerny kawałek pulsującego mięsa, który za chuja nie chce usnąć. No kurwa. No po prostu pięknie. I po co mi to było? To przysypianie na wtorkowych zajęciach, to słanianie się na nogach, to wyżeranie czekoladek Queen Anne Royal Cherries (pyszna mleczna czekolada na zewnątrz, przesłodzone w środku) w pijanym widzie? No po co do kurwy nędzy, skoro i tak nie mogę zasnąć? Nie widzę nawet takiej możliwości na najbliższą godzinę, dwie. Zbyt duża ostrość widzenia. Miało być tak pięknie. A nic z tego nie będzie.

[12:47](na odwrocie notatek z zajęć) Języku mój drogi!

Nie kostniej mi proszę! Nie kołowaciej w ustach najdroższy! Oooo! Na kolanach Cię błagam, nie rozsiadaj się zbyt wygodnie! Wiem, wiem. Łatwo polecieć w grafomanię uważaj mon bo tam zostaniesz. I chuj. Zaprawdę, powiadam Ci, będziesz nogami wierzgał i ręce swe wznosił ku górze, a znikąd nie przyjdzie ratunek! Luzuj się, mały, skacz z kwiatka na kwiatek, ze skrajności w skrajność przetaczaj się jak kamień syzyfowy. Z czeluści na szczyty. I z powrotem. Bo czas możliwości wszelakich ostatnio nam nastał. Baczność! Spocznij! Dziesięć okrążeń! Raz, raz! No już, nie oglądaj się! Wyrywaj, kocie! Bądź jak to dziecko ledwie odrosłe od ziemi, które z niedbałym zaciekawieniem patrzy na to, co je otacza, lecz nie zdumiewa się niczym, bo wszystko jest dla niego nowe, a dzięki temu i prawdopodobne. Pełzaj. Poniewieraj się. Szcze-kaj! Iiii wyyyyyj doooo księżyyyycaaaaa! Dobry piesek, pac, pac. Nie nie. On nie gryzie, połyka w całości. Oglądaj się na innych, nie zagapiaj! Co się gapisz!? Go fuck yourself. Aha. Napinajsięwyginaj. I służ wiernie, a wielka spotka Cię nagroda we mnie.

Twój Maurycy

[14:35]Po tych dziwnych sennych zawirowaniach dzisiaj noc czterogodzinna. Potem komputer, orzeszki niesolone, prysznic, pasta colgate, tuptuptup (w tle the darkness – permission to land), komputer, ulisses, komputer, przepisywanie z notatek.

[15:09]W mailu od ojca czytam: I choć racjonalność jest już w istocie czymś, bez czego nie umiemy się obyć ani poruszać w żadnej dziedzinie, to zarazem wiele wskazuje na to, że odrzucenie tego, co się w jej skończonych ramach nie mieści, jest również dla ludzkiego ducha niemożliwe.

[16:40]Tuptuptup (the darkness w tle) do domu. Ryż, zupa pomidorowa i resztki wczorajszego obiadu. Skype, zebranie rodzinne. Przepisuję z czarnego zeszytu. Dopisuję.

[17:00]Ctrl+C, Ctrl+V. Dodaj.


[23:08] update. tutaj można sobie posłuchać jak maurycy wariuje na dwóch gitarach na temat pewnej znanej piosenki zespołu kult (tzn. wariuje na jednej, ale nagrywa dwa razy, a potem robi mix).

za.sy.piaaaaam. klimatyzator. jęczy. szumi, huczy, buczy. dezorganizuje tło dźwiękowe. mi. podnosi temperaturę. w pokoju. idź w pokoju, do pokoju. w pokoju łóżko obok, ale nie mogę iść spać przecież, nie, na taką klęskę pozwolić nie mogę. trzeba porządnie zarwać noc, żeby paść na pysk przed północą. wreszcie rano wstać i więcej sobie biozegara nie rozstrajać. ha! marzenie ściętej głowy. ale na tydzień, dwa wystarczy. potem znowu sen od trzeciej do dwunastej. raz do koła. raz do koła!

morgoth z archaniołem gabrielem grają w kości o moją duszę. darth vader, travis bickle, michael corleone. tylko forma się zmienia. nic nowego. a może to oś jest źle narysowana? archaicznie?

nie mogę się określić co do joyce’a. szarlatan czy geniusz? szukam, szukam, niedoszukam. choć pojawiają się pierwsze sensowniki. bykombraterski bard.

słucham first ten years zespołu altan i myślę sobie, że irlandzki to wspaniały język, że grecy i francuzi przywłaszczyli sobie pola elizejskie, a w raju używano mowy Erinu.

śnię na jawie przebiegając oczami angielski tekst czwartego rozdziału Ulissesa. w ciemnym zaułku, przy tylnych drzwiach obskurnej knajpy, dostaję w pysk od draba w chustce związanej na rogach nałożonej zamiast kapelusza. padam na twarz. wilgotna ziemia. oczy wyłapują trzy ostatnie słowa pierwszego akapitu faintly scented urine. murzyńska pani profesor mówi akurat yeah yeah what a brilliant idea do dziewczyny, która jest przerażającą karykaturą jednej z wielkich miłości mojego życia. zajęcia w ogóle w półśnie, przez większość czasu oczy zamknięte.

rozmawiam z trzema, czwarta mnie podgryza. a ja nie kon. i nie kum.

śnił mi się ostatnio ten bandyta brodowski z plakatów, że go spotkałem w warzywniaku i mi jebnął z bańki. miał czarny t-shirt, jak na zdjęciach. i śniło mi się, że w księgarni liber na krakowskim przedmieściu i w sekretariacie instytutu mówiłem po angielsku, a potem się skapnąłem, że nie ta strona morza.

obiad zjadam. dobry. ugotowałem rano. schab plus wszystkie przyprawy (oprócz cynamonu – powtarzam) smażonyduszony.

gombrowicz tom drugi, dalej platon, unidad tercero, czwarte arpeggio carulliego. wszystko ledwo nadgryzione. przysypiam. piszę.

jutro będzie lepiej. musi być.

{raz}

Zjadłem budyń czekoladowy z malinowym sokiem i zęby mnie swędzą. Nie pasują mi dzisiaj, za bardzo uwydatnione. Za oknem stukot obcasów i pisk odurzonych studentek, do tego senność mnie ogarnia. Za nic nie mogę skupić się na wywodach Gombrowicza na temat egzystencjalizmu. Straszne są te weekendy na studenckim osiedlu. Chyba się wezmę za Swieżawskiego – dzisiaj Platon. Potem zjem pomarańczę, powtórzę unidad dos (segundo?) i pójdę spać. Albo odwrotnie.

{dwa}

Pearl Jam – Yield Żadni z nich mistrzowie, żadni witruozi, żadne legendy rocka. Na pierwszy rzut oka płyta w ogóle dosyć przeciętna. Ale to chyba jeden z nielicznych albumów, po które wciąż sięgam po tylu latach, mimo całej zmienności moich muzycznych upodobań (to już 7 lat, kupiłem zaraz po premierze). Postaram się sukcesywnie Was z nim zapoznawać.

{trzy}

Ale teraz, w tym szumie napierającym, w obliczu własnej bezsilności, w tej niemożności sprostania, przychodzi mi do głowy, że popadłem w sprzeczność ze sobą. Rujnować dzieciństwo? W imię czego? W imię dojrzałości, której sam znieść nie mogę. Przecież Bóg polski (w przeciwieństwie do Boga Weil) jest właśnie wspaniałym systemem utrzymania człowieka w sferze pośredniej bytu, jest tym uchyleniem się od ostateczności którego domaga się moja niedostateczność. Jak mogę chcieć, żeby nie byli dziećmi, jeśli sam per fas et nefas chcę być dzieckiem?
Dzieckiem, ale takim, które dotarło do wszystkich możliwości dorosłej powagi i doznało ich. W tym cała różnica. Naprzód odepchnąć wszystkie te ułatwienia, znaleźć się w kosmosie tak bezdennym, jak tylko to dla mnie możliwe, w kosmosie o zasięgu maksymalnej mojej świadomości, i doświadczyć tego że się jest zdanym na własną samotność i własne siły – wtedy dopiero gdy otchłań, której nie zdołałeś okiełznać, zrzuci cię z siodła, siądź na ziemi i odkryj na nowo trawę i piasek. Aby dzieciństwo stało się dozwolone, trzeba dojrzałość doprowadzić do bakructwa. Bez blagi, kiedy wymawiam słowo „dzeciństwo” mam wrażenie, że wypowiadam najgłębszą treść, i jeszcze nie obudzoną, narodu który mnie spłodził. Ale nie to dzieciństwo dziecka, tylko trudne dzieciństwo dorosłego.
Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-56

Wciąż nieufnie. Ale tu mi się bardzo podoba.


  • RSS