maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

do budy, do budy wołam, no już do budy, maleńki. ale szczeniak nie słucha, szczeniak jak to szczeniak, chce się bawić, więc jak głupi rozpędza się do śmiesznego szczeniackiego galopu, by po chwili z całym impetem przygrzmocić w nieoczekiwaną ścianę. wtedy szczeniak zaczyna płakać, a ja pochylam się i głaszczę go po obolałej głowie, drapię za uszami. i znów jest pięknie, i znów jest wspaniale, znowu śmiejemy się w głos, jak w bajkach dla tych najmniejszych dzieci. bo szczeniak jest słodki i pocieszny, jak by powiedziały moje koleżanki. dobrze nam ze szczeniakiem, kiedy słuchamy kanonu pachelbela, kiedy trzeba coś przykryć szczeniackim żartem, kiedy porusza nas podszyte patetyczną nutą męstwo i oddanie filmowych bohaterów, kiedy wiatr rozwiewa nam czupryny, kiedy miny stroimy do lustra.

ale kiedy wychodzę na scenę, kiedy zaczyna się wielki bankiet, nabożeństwo, szczeniak zmienia się w coś nieprzystojnego, robi się kompletnie nie na miejscu. i wtedy do budy do budy brzmi już bardziej stanowczo. kiedy zostaje sam, szczeniak biega jak opętany po podwórku obszczekując urojone widma, strachy na wróble i nieznajomych za płotem. wściekle warczy na tych, których najbardziej się obawia. to taka taktyka, szczeniak udaje, że wcale się nie boi, że wcale nie drży ze strachu, zajadłym szczekaniem dodaje sobie odwagi.

ale najgorzej bywa, kiedy czasem przyjdą goście. szczeniak potrafi popsuć najlepsze przyjęcie, podlewając królową balu, najlepszego przyjaciela rozeźlić drąc mu nogawkę w strzępy, najlepsze wrażenie, najlepszą pointę mi zburzyć, wpadając ze szczekiem do salonu w najmniej odpowiednim momencie. i mówią mi, po co ci ten szczeniak przecież tylko wstydu przysparza, tylko wpędza cię w kłopoty. ale co z nim zrobię? walnę łopatą i zakopię za domem? przecież to mój jedyny towarzysz, mówię, mój, mój własny, mój właśnie. poczekam, mówię, niech sam dorośnie.

kiedy patrzę na siebie wczorajszego, na te wszystkie niezrealizowane zamierzenia, kalekie realizacje, spalone pointy, porwane wywody, na naiwne podrygi i wściekłe poszczekiwania ku nieznanemu, uśmiecham się pobłażliwie. i cieszę się, mimo wszystko się cieszę, bo maurycy przedwczorajszy był jeszcze o jeden dzień głupszy. a to, można przypuszczać, dobrze rokuje na przyszłość.

a w promocji dodam jeszcze jeden morał (w szerszym znaczeniu). morał ów mówi nam dzisiaj, że na pewne rzeczy nic nie można poradzić, nie ma co walczyć z wiatrakami i jedyne co ma sens, to wewnętrzna niezgoda, której artykułowanie jest może nie tyle niezręczne, co piekielnie trudne. a kto zrozumie, ten zrozumie.

polityka

19 komentarzy

nie no kurwa już nie mogę tak. uwiera mnie to wszystko w dupę. zmniejszam się sam w sobie przed sobą, choć mięśnie napinam i na palce wspinam. ale cóż, nie ma rady, może już mam dość, może wreszcie się okazało to, co się miało okazać już dawno. nie no, ale przecież jestem ambitny, nie? no to coś powiem, nie? a wy posłuchacie, nie? ambitny. obrzydliwe to słowo, żałosne i żałosna jest ta pseudo-szczerość, w której tu siedzę od roku. trzeba się po którejś stronie wreszcie opowiedzieć. obrzydliwie połowiczne to wszystko, ohydne, tchórzliwe. podejrzewam, że już wkrótce będziecie musieli się na mnie obrazić, uznać mnie za niespełna rozumu albo niegodnego uwagi. dość mam grafomanii i tego pierdolenia. siedzi we mnie mechanizm autodestrukcyjny. trzeba będzie albo się pogrążyć, albo zmienić przebranie. mam dość tych psychopodchodów wyimaginowanych. nie umiem się zdobyć na tą kłamliwą pewność siebie, na to hej maleńka, na to jestem bogiem wyobraź to sobie. bo niby zawsze mogę udawać, mogę wyważyć swoje zdanie i pewnie stać na fundamencie poglądów najpopularniejszych albo delikatnie stoczyć się w którąś z tych skrajności typu jak ci się nie podoba to wypierdalaj. ale nie, nie mogę się na to zgodzić. nie, o nie. pewnie mnie to w jakiś sposób wyklucza, o tak, na pewno mnie to wyklucza. ale od czegoś trzeba zacząć, coś mieć swojego. trzeba się przyznać, trzeba się kurwa oczyścić. trzeba powiedzieć to jasno: drżę ze strachu przed ludźmi, ze strachu przed wami.

odkryłem na czym polega problem z ameryką. myślałem, że tu będę jak zawieszony w próżni, sam, bez ludzi, bo nie będzie z kim pogadać. że tu będę bezpieczny. a tu dupa, dupa, nie jestem, po prostu otoczenie jest gorsze, zawiedzione oczekiwania.
dzisiaj po prostu nienawidzę człowieka. nienawidzę was. tego w lustrze też nienawidzę. reszta pozostaje bez zmian.


Nie, nie, errata. Siebie nie mogę, nie nie. Masz rację. Ale to musiało być powiedziane, by mogło być obalone. To jest oczyszczenie właśnie. Pierwsze oczyszczenie. Jak fenix z popiołów, nie?

gram pierwsze arpeggio carulliego. w ciągu sześciu lat po raz trzeci zaczynam od podstaw, za każdym razem dokładniej, z większym przekonaniem i determinacją. dwa proste trójdźwięki, C-dur, d-moll, raz dwa trzy raz dwa trzy raz-dwa-trzy razdwatrzy, banalne przy wszystkim co dotychczas. ale każdy ruch ma być idealny, prawa ręka jak szwajcarski zegarek, raz dwa trzy i tak dalej. piękna i uspokająca jest prostota tych rozłożonych akordów. tym bardziej wobec bukietów związanych szesnastek w tempie allegro non troppo, które jeszcze wczoraj brzęczały pod palcami. cierpliwości, cierpliwości, myślę, mówię do napiętej dłoni, która rwie się do tańca. jestem śpiący, senny, przytłumiony. czarne nuty, biała kartka, przymykam oczy. biała kartka, czarne kreski. trochę jak w tym teledysku aha, tylko linie bardziej wyraziste, prostszy rysunek. jest ten nastolatek w okularach z czupryną w nieładzie. rozpięta kurtka, ręcę w kieszeniach. kamera wiruje, znak drogowy, znak zapytania, kropka zamienia się w dołek na polu golfowym, reszta w chorągiewkę. z czarnej dziury biały królik, obwąchuje tą całą nierzeczywistość i znika. znak zapytania, chłopiec w niedbale zawiązanym szaliku, kręcimy się wokół, mały książe. raz dwa trzy, otwieram oczy, czarne nuty na białej kartce, uspokajająca prostota. dosyć na dzisiaj, odkładam gitarę, idę spać.

nie

27 komentarzy

DSC03133.JPG
DSC03139.JPG
DSC03155.JPG
DSC03160.JPG
DSC03176.JPG
nie, nie? nie że to jest śmieszne, że to jest śmieszne tu wszystko? chipsy rozsypane na podłodze. nie, że jestem śmieszny? nie. hahaha a więc jestem śmieszny. i pijany.
palę papierosy, pierwsze prawdziwe papierosy, od początku do końca w swym życiu, palę, dzięki magda, nie mów nic mamie. tańczę z nimi, weszły tu jak trzy gracje, trzy kurwy mówisz? cztery razy na jednej imprezie? nago biegała po ulicy? uciekają ode mnie, bom brzydki i nachalny. o boże o boże przecież cię nie ma. pijany, od początku do końca, alkohol serum prawdy. chciałbym wszystkie je mieć, blondynkę, szatynkę i grubą w szpilkach, wszystkie w szpilkach, ach! szpilki, poruchaubym, mówię a. że bym poruchał, choć nie ją, a może i ją nawet. p. dał plamę jego mama mówi, a on przecież rzyga tylko do miski, zwisa z łóżka. serum prawdy, szczerze szczerze, sam sobie jutro nie uwierzę. w dupie was mam panowie, wyzwalam się z kłamstwa, w dupie was mam przez których muszę kłamać.
a ty w klimatach hiphopowych, bo bluza z kapturem i szerokie spodnie? luzuj, bo ja pijany. ano uniwersalnie, techno, house, hiphopu trochę. odsuwa się, ja pijany. mam smak papierosa w ustach.
resztki świadomości kazały iść na górę i zapisać, wysłać maila samemu sobie, bo tylko na bieżąco nie gubię.
dużo bieli, żeby odbijać na fioletowo. wszystko jest śmieszne.

~p

9 komentarzy

Od pewnego czasu, nie wiem, być może od pierwszego przebłysku świadomości, od pierwszej klasy, od pierwszej komunii, towarzyszy mi (skrada się i nagle wskakuje na ramię) ta trwożliwa niepewność. Dopada mnie zupełnie nieoczekiwanie, wytrącając z rąk wszystkie argumenty, wywołując rumieniec i nerwowe drapanie się po głowie. Dopada mnie zarówno w chwilach absolutnej, wydawałoby się, pewności, jak i totalnej niewiedzy, w towarzyskich rozmowach, w bardziej lub mniej natchnionych dyskusjach. Łapie mnie za rękę, wślizguje się za koszulę przed każdą niepodjętą jeszcze decyzją, gdy mam się publicznie odezwać, zająć stanowisko, określić swój światopogląd, za czymś się opowiedzieć. Z tej niepewności same się biorą bolączki i zgryzoty, to ona czyni mnie nieśmiałym i nieprzekonującym, wręcz babską gębę mi przyprawia. Z tą niepewnością, strachliwą, przyczajoną, tajemniczą walczę bronią najprostszą i najskuteczniejszą – wykurzam ją zza zasłony, wypędzam spod łóżka. Czasem po prostu udaję twardą argumentację.

Jakobe mówi, że tolerancja na niepewność to domena marginesów, to znaczy niewielu i pewnie, ma całkowitą rację, w pełni się z nim zgadzam. Niepewność źle się naszych czasach sprzedaje, niepewność nie jest w cenie, przecież mamy być self-confident, mamy być pewni siebie, mamy z podniesionym czołem i hardym obliczem wkraczać na salony, na rozmowy kwalifikacyjne, ustne egzaminy, mamy kipieć pewnością siebie na łamach gazet, na internetowych forach.

Ale jest jeszcze drugi rodzaj niepewności (o mądje! za często, za często!) o wiele mi droższej. Tą drugą raczej staram się w sobie rozwijać, podlewać na każdym kroku, ostatnio bowiem dostrzegłem jej wartość niesłychaną. Myślę, że można by nazwać ją poznawczą nieufnością. Bo nie ufam (nie mogę ufać) pierwszemu rozwiązaniu, najprostszej odpowiedzi, najwiarygodniejszemu nawet rozstrzygnięciu, jeśli zbyt nachalnie się narzuca. Nie od razu. W myśl zasady poczekamy, zobaczymy szukam drugiego, trzeciego, setnego potwierdzenia. W tym kontekście właśnie zdaje się mówić o niepewności jakobe. W tym kontekście, choć może niekoniecznie tylko w tym zakresie, bo jak widać jego stwierdzenie pasuje i tu, i tam. Ale przecież my nie poddamy się masie, bądźmy tym marginesem, który może nie wie lepiej, ale przynajmniej nie uzurpuje sobie monopolu na prawdę.

O, niepewności trwożliwa! Towarzyszko moja odwieczna! O, dziwko skulona w kącie ze strachu przed biczem wstydu i potępienia! Wstawaj, wstawaj, stań na nogi! Hardo spójrz w oczy tym niegodziwcom, którzy odbierają Ci prawo istnienia! Za bardem Ci powtarzam: jesteś słabością moją, więc mi dodaj sił. Bądź moim bastionem, moją opoką, moją skałą, na której swój kościół zbuduję. Z trwożliwej stań się zuchwałą! Z tchórzliwej – odważną!

Uświadamiam sobie, że nie mogę wiedzieć do końca. Straciłem wiarę w Boga, tracę wiarę w człowieka. Pozostaje mi tylko niepewność, do niej jednej mogę się przywiązać, jej jednej zaufać. Niepewnością moją się okopuję, niepewnością twardo (pewnie!) się tłumaczę i przestaję się jej wstydzić, choćby prowadziła do wahań i upokorzeń. Ja wiem swoje. I to jest punkt wyjścia, nowy etap. Paradoksalnie – nowa idea.

I właściwie w tej chwili zupełnie mnie to nie interesuje, to jest zupełnie nieważne, nawet, a może tym bardziej w świetle mojej wiecznej niepewności. Bo nie ma znaczenia czy Bóg milczy, czy milczy nicość, czy milczy cokolwiek innego, jeśli tak czy siak jedyne, co słyszymy, to milczenie, jeśli tak czy siak zawsze pozostaje nam do wyboru jedna z trzech, dość marnych przyznam, opcji. Nie wierzyć, wierzyć i nie mieć pojęcia, czyli ni chuja, jak mawiał jeden z moich szkolnych kolegów, plus kilka pośrednich stopni wtajemniczenia, które jednak wobec niesprawdzalności (nie)rozważanej tezy pozostają równie bez znaczenia, co wyżej wymienione.
Powiedziano już, że Boga nie ma, nigdy nie było, że nas opuścił, że jest martwy (Nietzsche: Gott ist tot). To ostatnie sformułowanie nawet mi się podoba, bo zdaje się traktować Boga jako pojęcie, symbol, pod którym w zależności od epoki i społeczeństwa, kryły się różne znaczenia, traktować Boga jako pojęcie ogólne, nie wnikając czy odpowiada ono rzeczywistej istocie. Dlatego też używam wielkiej litery, na określenie ogólnej idei Boga.

Ale zapomnijmy na chwilę o Nietzschem, zejdźmy poziom niżej, załóżmy, że Bóg jest tym wszystkim, za co przez kogokolwiek jest jeszcze uważany. Stwórcą, opiekunem, sędzią, mścicielem, itd. I widać wyraźnie, że w czasach, kiedy wiara w Boga była nie tyle najczęściej, a wręcz niemal jednogłośnie podzielanym poglądem, ten, kto mówił w jego imieniu, mógł nadać mu dowolne znaczenie, wykorzystać go w dowolny sposób. Taka już nasza natura, że co da się wykorzystać, to wykorzystamy, więc potraktowaliśmy Boga, jak jeszcze jednego żołnierza wielkiej armii tego, co nazywamy cywilizowanym światem (który wtedy pokrywał się mniej więcej z obszarem Zachodniej Europy), by w Imię Boże rozszerzać strefy wpływów, zdobywać nowe rynki zbytu, źródła surowców, nowe tereny pod uprawę zbóż, mordować tak zwanych niewiernych, podobno właśnie z powodu tej niewielkiej, symbolicznej różnicy wiary, nie z innych, wiele liczniejszych i, jak się okazuje, bardziej znaczących. Wykorzystaliśmy go więc (my, jako, dajmy na to, cywilizacja) jako zbawcę, sędziego, mściciela i opiekuna, jako uprawomocnienie zbrodni ludobójstwa, a potem rzuciliśmy w kąt. To nie Bóg nas opuścił, przecież jest martwym pojęciem. To my opuściliśmy Boga. Bywa, że wykorzystujemy go nadal (jako – podobno – coraz lepiej sprzedający się znak handlowy), ale już w mniejszym stopniu, żeby w chwilach dobrej koniunktury zbić na nim trochę kasy.

I nie mówię tu o tych wszystkich, którzy nadal jeszcze wierzą w każde słowo zapisane w Biblii, bo dla nich zawsze pozostał nienaruszalną świętością, choć (przynajmniej do ich śmierci, kiedy wszystko się okaże, ale to już nie nasza sprawa) także nie ma znaczenia, czy jest czy go nie ma, oni mają swoją wiarę, która jest dla nich lekiem, ukojeniem i czym tam jeszcze, sama w sobie im wystarcza. Zostawmy też pierwszych chrześcijan, tą pierwotną sektę, ludzi, którzy może widzieli to, o czym później zrobiło się głośno na cały świat, a może dali się omamić garstce dwunastu kaznodziejów nazywających siebie apostołami, którzy z kolei mogli zrobić to wcale nie dla własnej korzyści, ale powodowani silnym religijnym popędem (potrzebą Boga) i idealistycznym pragnieniem naprawy świata. Ale to już inna bajka.
Chodzi mi o tych z nas, którzy z ochotą opuścili tonący statek, o tych wszystkich potencjalnych niedowiarków i ateistów, wiernych z przymusu, perspektywy korzyści, obowiązującego trendu, ducha czasów, czy z rozpędu, impetu wszechogarniającej indoktrynacji. W następnej kolejności o biednych wychowanków średniowiecznych szkół katedralnych i parafialnych, potem kolegiów jezuickich, szkółek niedzielnych i lekcji religii, którzy przekonywani przez całe młodzieńcze życie, że istnienie Boga jest prawdą niepodważalną, pierwszą i jedyną, swojego czasu mieli przejrzeć na oczy. A przede wszystkim o wszystkich Urbanów II*, Lucjuszów III**, Innocentych III***, kardynałów Richelieu i Mazzarinich, o całą historię kolonizacji, inkwizycję, krzyżaków i templariuszy, antyżydowskie pogromy, procesy czarownic, palenie ksiąg i obalanie posągów.
W każdym razie Bóg stoi sobie teraz na jakimś ołtarzu, w jakimś kościele, albo kurzy się na półce, pleśnieje na śmietniku historii, może właśnie z powodu zwykłego następstwa epok, ducha czasów, wszechogarniającego ducha ateizmu, albo schodzi na wyprzedaży tam, gdzie jeszcze (albo już) jest trendy. I gdybym był na jego miejscu, do tej chwili już porządnie bym się wkurzył i ciskałbym gromy jak Zeus albo nacisnął guzik uruchamiający apokalipsę. On jednak uparcie milczy.
Chrześcijanie jego milczenie wytłumaczą wieczną i nieskończoną cierpliwością i miłością, ateiści niezaprzeczalnym nieistnieniem, znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że po prostu czeka na lepszy pretekst, żeby mógł nam mocniej dokopać, wreszcie agnostycy (rozumiani tu jako ci, którzy wiedzą, że się nie dowiedzą) będą utrzymywać, że nie ma co się tym zajmować, wystarczy uzbroić się w cierpliwość.
I do tej chwili nie jest ważne, czy świat został stworzony w sześć dni, czy Mojżesz przeszedł przez Morze Czerwone, czy dzieci Hioba rzeczywiście stały się ofiarami nieszczęsnego i okrutnego zakładu „Boga z czartem” (jak śpiewa bard) i czy na początku naszej ery w Betlejem przyszedł na świat człowiek, który trzydzieści trzy lata później dobrowolnie dał się zamęczyć na śmierć, a nawet jeśli, to czy jego ciało nie zostało wykradzione przez garstkę idealistów zarażonych ideą miłości i braterstwa. I nie zawężajmy tego tylko do chrześcijaństwa, równie dobrze można mówić o Allahu, Jahwe, Wisznu, Sziwie, a nawet Zeusie, Amonie-Re i Yog-Sothocie (jeśli ktoś kojarzy klimaty H.P. Lovecrafta) i całej menażerii bogów w odpowiadających im mitologiach. Do tej chwili nie ma znaczenia czy szeroko pojęty Bóg istnieje, czy nie.

(Wiecie, w tym miejscu uświadomiłem sobie, że pośród wszystkich prób zgrabnego obudowania treści sensowną formą, wzmacniania siły wyrazu i chwiejnych argumentów, że po półtorej godziny ciężkiej pracy (ciężkiego machania długopisem), zgubiłem pointę, która przecież powstała na samym początku, jeszcze kiedy tekst liczył sobie niecałe cztery zdania. Aha…)

Bo jeśli go nie ma, to nie ma i problemu, już nie raz stwarzaliśmy sobie Boga, stworzymy sobie nowego albo staremu zrobimy upgrade (wychodząc z założenia, że jednak Bóg bywa nam potrzebny), nadamy mu nowe znaczenie, znajdziemy nowe miejsce i przeznaczenie. Za to jeśli gdzieś tam jest, już wkrótce może zrobić się gorąco.
Teraz każdy pewnie wypowie swoje własne credo, choć dla większości (jak i dla mnie) wierzę; (wierzę, że tak lub wierzę, że nie) zmieni się w takie czy inne mam nadzieję, nie wiem, przyjdźcie za tydzień. W tym miejscu nie pozostaje nam nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość. Poczekamy, zobaczymy. Często to powtarzam. Za często.

* inicjator pierwszej krucjaty
** twórca inkwizycji
*** inicjator późniejszych krucjat i rzecznik krwawej chrystianizacji Bałtów

James Joyce, Ulysses (Penguin Books 1992, s. 13):

O, jay, there’s no milk.

przypis: jay: euphemism for ‚Jesus’

tłumaczenie Maciej Słomczyńskiego (Kraków 2004, s. 15):

O, kurwa, nie ma mleka.

Lato, jesień, zima, to już było, nawet jesień zimą deszczowa i lato jesienią gorące, wszystkie tak samo szare wszechobecnym asfaltem i wiecznie chmurnym niebem, tak samo głośne nieznośnie zgiełkiem pobliskiej autostrady i rykiem klimatyzatorów. Ta brakująca w uszach zakwita pod palcami wirtuoza, ciepłym brązem błyszczących skrzypiec, kolibrem smyczka, skowronkiem batuty. Dość. Tyry-dumtumtum-duru-tum, kiedy wychodzę spomiędzy zapoconych ciał początkujących grubasów, zaawansowanych mięśniaków, śmiesznych napiętych twarzy i tępych spojrzeń, spośród kuriozalnych figur – torsów king-konga na kogucich nóżkach, samotnych opon tłuszczu w okolicach tyłka, choć sam nie wyglądałem mniej śmiesznie ledwie pięć minut temu.
Tylko tamte trzy zwaliste murzynki zdawały się dostrzegać cały bezsens sytuacji (można powiedzieć, kultura wewnętrznie sprzeczna, hamburgery przychodzą wytopić słoninę w fabryce twardych biców i zgrabnych tyłeczków, kultura BigMaca, kultura Pameli Anderson, to równanie nie ma rozwiązania, pani profesor) i w śmiech. Ale tylko im się tak wydaje, bo można dwie pieczenie na jednym ogniu, można rozkręcać dwie branże na jednej paranoi, napędzać koniunkturę jednym i drugim, przecież się uzupełniają, są dla siebie nawzajem sprzężeniem zwrotnym, a brzęk metalu słychać bez względu na kierunek ruchu w obrębie tego cyklu. Widzicie, czasem wystarczy dodać jedną zmienną.
Tyry-dumtumtum-duru-tum po obu stronach głowy, szybkie gudnajt na pożegnanie, g’dnajt właściwie i już wiosna zimą w jesieni, bo deszcz dopiero ustał, tyrydum w uszach, a to przecież jeszcze styczeń. Chodników brak, idę rynsztokiem, tu błoto, śnieg zaraz obok, ale nie nie, nie można się tak stoczyć, bo w uszach rozkwita allegro mistrza Vivaldiego, wiatr zimny, przecież jednak zima, szum samochodów się przebija zanieczyszcza klawesyn i skrzypce samolot startuje nic nie słychać włażę w kałużę co tam buty nie puszczą. Zaczyna się lato, allegro non molto.
Spokojnie, majestatycznie, trochę jak orszak królewski do letniej rezydencji, jak Ludwik XIII z Luwru do Saint-Germain czy gdzie tam jeszcze, jak chłopi na wozach wypełnionych sianem (jedźta, na dzisiaj fajrant), ale spłoszony szarak przeskoczył gościniec (przyspieszamy) i już łowczy zarządza pościg, puszczono charty, które dopadają nieszczęśnika u stóp chłopskiej dziewczynki, zając w konwulsjach, dziecko we łzach. Nadciąga burza, cięcie. (Zapomniałem, wiedziałem, że zapomnę, bo przecież nie da się pisać tam, pod nocnym niebem, i wiedziałem, że później będę odtwarzał ze strzępków, z fragmentów melodii i jednego obrazka, który mi z tej nocy pozostał, a resztę trzeba będzie wymyślić od nowa).
Burza trwa nadal, a na tej ziemi jest spokojnie i myślę sobie, że po chuj mi było tu przyjeżdżać, do tego kraju, który śmierdzi po prostu, śmierdzi pieniądzem chyba i to jeszcze tym cholernym smarkozielonym dolarem, nie tak jak śmierdzi wszystko u nas, że nikt nic nie mówi, a wszyscy wiedzą, ale jawnie, po prostu kawa na ławę, tak jak Matrix Smithowi śmierdział człowiekiem (wiem, że to chujowe, ale jakoś in da veri moment nie mam lepszych kontekstów). I nawet mnie nie obchodzi, jak oni tu mogą żyć w tym jęku technologii i brzęku monet, pewnie się przyzwyczaili, wiem, ja nie mogę się przyzwyczaić, przecież każdy normalny człowiek potrzebuje ciszy, w końcu jesteśmy tylko sumą swoich przyzwyczajeń (wcale nie wad), jak mówi Faulkner, ale może i wad myślę, mimowolnie i nieświadomie potwierdzając postawioną gdzie indziej tezę.
Druga kulminacja burzy, idę dalej przez chwilę bezmyślnie, samochód, jakiś samotny przechodzień, laska nawet o tej porze i w takich warunkach kurwa przez komórkę nienojacieniemoge. Po prawej las reflektorów, ze trzydzieści ich tam na słupach, nad całą tutejszą machiną do zdobywania medali i miejsc w rankingach, przygnębiająca fabryka. W słuchawkach już nie wiem, wesele, dożynki, bal, następna letnia nawałnica. Trzecia kulminacja burzy, szlaban, już poza uniwerkiem, teraz szum samochodów na drodze. Zmiana klimatu. Jesień.
Idę trochę wolniej, żeby zdążyła się skończyć zanim wrócę do domu. Pierwsze takty allegro, przypomina mi się taki stary obrazek ze ściany mieszkania babci w łódzkiej kamienicy, wyblakły i pożółkły, jakieś polowanie chyba, konie, bryczesy, czerwone kurtki, sfora wyżłów, odległe skojarzenie z Somosierrą (obraz Michałowskiego).
Teraz zawodzą skrzypce Kennediego, pewnie liście z drzew albo pierwszy przymrozek, najciemniejsze miejsce na drodze do domu, znowu przejeżdża samochód, tup tup po krawężniku, koło wielkiej kałuży odbijającej dziób małego terenowego Fordzika, który nijak nie pasuje do tych wszystkich wypolerowanych Hond, Chryslerów i Mustangów. Coraz bliżej autostrady, więc szum zagłusza cichutkie adagio molto, wchodzę między podłużne, przysadziste budynki studenckiego osiedla, które jeszcze długo wspominać będę jak najgorzej. Oho, dopiero środa, dopiero wrócili, a już imprezują, przez wielki drzwi balkonowe widać tłum w słabo oświetlonym mieszkaniu.
Teraz już tylko dwadzieścia kroków do tego, co czasem przez nieuwagę nazywam domem, ostatnie podrygi trzeciej pory roku, trochę weselej jakby tym finalnym wysiłkiem próbowała odwlec to, co nieuchronne. Mijam rząd samochodów, skręcam w prawo, otwieram drzwi, dziwne miejsce – jakby smyczki uderzały w drewno, nie w struny, wchodzę po schodach, ostatnie akordy, krzyczę „to ja!”, idealne zgranie, wracamy do zimy. Zdejmuję słuchawki, wracam do rzeczywistości.


Ciacho wyszło jak zwykle przepyszne, tekst wraca, świeci słońce, a ja przepraszam za zwłokę.
Po lewej można sobie ściągnąć wszystkie cztery koncerty.

jeszcze chwila cierpliwości, proszę państwa

faulkner.jpg

nie, proszę państwa, to jest z zupełnie innej bajki


  • RSS