maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

koss.jpg

To było na jakiejś ścieżce, poszliśmy na spacer. Patrzę na nią, obejmuję jeszcze dość nieśmiało, taki pierwszy raz, a ona patrzy tym swoim rozbrajającym wzrokiem i mówi że nie wie. Jak to pytam, ona boję się, że cię stracę. Przecież na razie możesz mnie tylko zyskać mówię kurwa myślę. Sytuacja jak z telenoweli, jak z bravofotostory kurwa jak z pytań do Renaty po prostu czy jak jej tam, jestem ania mam 9 lat czy to źle że jeszcze nie całowałam się z chłopakiem. Ale miała rację, tak to jest, jak ktoś nie przywykł do szczęścia. Straciła mnie, potem uświadomiłem sobie, że ja ją też straciłem i już nie było dla nas odwrotu. Miałem siedemnaście lat, a ona sama zadeklarowała, że w jej szesnaste zrobimy to i będzie zajebiście, mówiła ze śmiechem i wiedziałem, że będzie. Ale w jej szesnaste nie było już dla nas powrotu, tylko cześć cześć na ulicy co u ciebie, nie mówiła już nawet jak jej źle beze mnie, łzy dawno wyschły a pół roku później uświadomiłem sobie, że straszny ze mnie idiota.
Dzisiaj chciałbym mieć kogo tracić, pewnie trzymałbym się bardziej kurczowo, pewnie cieszyłbym się i nie szukał dziury w całym. Dzisiaj stoję nad przepaścią z gitarą i piórem grudniowym wieczorem i nawet nie chce mi się skakać, kolejny odcinek z serii a co to da. Słucham starego jazzu, czytam chujowe książki, robię sobie jajecznicę, a na Sylwestra pójdę na technopartypardy bo to jedyny wybór i będę czuł się jak Wyspiański na weselu chyba oparty o framugę ni przypiął ni wypiął, same bezmózgi wokół nie mój świat, jakbym był po czterdziestce kurwa i próbował przeżyć drugą młodość, tylko śmiać się do słońca na środku ulicy, przecież i tak mnie zamkną. Wymyślam sobie obsesje. Nasilanie przez powtarzanie, nasilanie przez powtarzanie.

A my nie chcemy uciekać stąd,
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory.
Stanął w ogniu nasz wielki dom,
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych.

Aha
and the happy new year

Aha2
Bo niełatwo jest zrobić naprawdę dobrą jajecznicę.

Aha3
Miles Davis proszę państwa jest miszcz nad miszcze. Czyli now playing Miles Ahead.

I pamiętajcie. Im bardziej, tym bardziej.


31 grudnia ’04 7:14PM/1 stycznia ’05 1:14

śmieszne uczucie. między nowym rokiem a starym, tak pomiędzy. już składałem noworoczne życzenia tym w polsce, tu dopiero skończył się późny obiad. tak jest zawsze, tak tak, all over the world. ale dopiero dzisiaj uzyskuje to jakiekolwiek znaczenie. zrezygnowałem z dresiarskiej imprezy w chicago. nie można za bardzo obniżać poziomu, i w końcu, kto w ostatni dzień roku chciałby zapierniczać do sąsiedniego stanu?

Kiedy stoimy już przy kasie, z okładki amerykańskiego Glamour spogląda na mnie zajebista modelka, wzrokiem, który przyprawia o nawrót zawrót, że aż chodzi mi po głowie i lżej jakoś się robi na duszy. Nie ma w nim nic z zawadiackiego zaproszenia do erotycznej gry, żadnego chodź do swojej małej dziewczynki, żadnego facet to świnia. Tylko serdeczna naturalność albo naturalna serdeczność, w końcu to nie Playboy. A przecież im bardziej naturalnie, tym bardziej sztucznie, im sztuczniej, tym naturalniej. Potem przychodzi rozczarowanie, bo przecież nie budzę się obok takiej co rano.
Skończyłem Trans-atlantyk i myśli, które jak dotąd pływały dość swobodnie nie pozwalając się złapać, zaczęły powoli układać się w coś sensownego. Nie na tyle jednak, żebym mógł do końca rozwiązać dla siebie sprawę polską. A uwiera mnie strasznie w dupę ten temat, zwłaszcza ze zahacza też w pewnym sensie o religię, która jest wrzodem jeszcze gorsiejszym.

Dwudziesty ósmy grudnia dwa tysiące czwartego roku, godzina 19:29.
Podsumowanie moich założeń:

Mam dziurę w mózgu.

Opactwo stało na wzgórzu, wysoka wieża biblioteki, poprzyklejane chatki jak dzieci tulą się do matki, wokół bory i wstęga gościńca ginąca za następnym pagórkiem. U stóp wzniesienia wioska zaopatrująca mnichów we wszystko, co mogło się przydać w ich pozornie nędznej egzystencji. Codzienny gwar i krzątanie, wstaje słońce złocą się gnojówki, powiedz szybko jak bezpiecznie wyjść wieczorem na ulicę. Poranne kukuryku, wieczorny zgiełk karczemny i groźne pokrzykiwania rozmaitych rzezimieszków, którzy zahaczali o to miejsce niby przypadkiem. W dzień targowy serdeczne nawoływania kramarzy, krzyki złodziej złodziej, nic się nie wydarzy.
Nie było mrocznej tajemnicy, sekretnych przejść i zakazanych ksiąg, a nawet jeśli, to wszystkie dawno ktoś odkrył, a heretyków spalono na stosach i poobdzierano ze skóry. Ale nawet najstarsi nie pamiętali już zapachu przypalonego ludzkiego mięsa, krzyków dusz oddzielanych od ciała, agonalnych spazmów. Epidemie nie miały którędy tu zawędrować, życie było proste i na swój średniowieczny sposób szczęśliwe.
Wszyscy doskonale wiedzieli, że w wieży oprócz książek było coś jeszcze. Mieszkańcy okolicznych miast i wiosek widywali wozy uginające się pod ciężarem, wieść szybko rozeszła się po okolicy. Wszyscy doskonale wiedzieli, że ten zapomniany klasztor na wzgórzu, o którym za kilkaset lat nikt nie będzie pamiętał, był skarbcem bogatego zakonu templariuszy, że w środku zgromadzono skarby zrabowane czy też odzyskane podczas niezliczonych wojaży w imię Chrystusa, Kościoła i Pana Naszego Wszechmogącego in secula seculorum.
Pewnego dnia wszystko spłonęło od pioruna, który zaprószył ogień na skarbcowym dachu. Złoto stopiło się i popłynęło do rynsztoka. Kruki dziobały zawzięcie popalone ciała nie zastanawiając się, kto grzeszył w słusznej sprawie, a kto nie wiedział, że zło czyni. Rozdziobią nas kruki i wrony, najlepsi zaś pójdą do…

W Polsce

17 komentarzy

W Polsce już Wigilia i przedświąteczna krzątanina w pełni. Po tej stronie oceanu niektórzy Polacy noc spędzają w klubach, a ja zupełnie nie czuję nastroju, który przecież budował się zawsze wśród tych pomieszanych zapachów, ubierania choinki i biegania do sklepu po jakiś zapomniany składnik tej czy innej potrawy. To będą inne święta, bez dużej części rodziny i ze świadomością, że oni tam też świętują w takim małym gronie. Do tego wśród prawie obcych mi ludzi.

Mimo mojej nieciekawej sytuacji, w której jednak spróbuję poszukać stron pozytywnych, życzę Wam Świąt jak najweselszych.

fasola.JPG

Przechadzam się po centrum Chicago, jedynej dzielnicy tego miasta, w której nie czuję się okropnie, jedynej, w której nie dołują mnie rzędy tysięcy takich samych małych domków z brązowo-burej cegły i wąskie jednokierunkowe uliczki. Przemierzam betonową pustynię, chciałoby się powiedzieć, ale nie będę katastroficznie postnuklearny albo co tam jeszcze. Myślę sobie za to, że smutne jest życie Polaków w tym mieście, wśród tych szarych ulic i prostych marzeń. Bez wyższych ambicji wegetują w malutkich domach okno w okno. Wystarczy, że wreszcie jest kasa i impreza na każde zawołanie (zawsze się coś znajdzie), że jest samochód i poczucie wyższości nad „Meksykami” czy Murzynami. Rzucają szkoły, nie uczą się nawet angielskiego, co jakiś czas ktoś zabije się na słupie przy Archer Avenue. I tak płynie życie Polaków z Łomży i Podhala (tych tu najwięcej) w Chicago. Na „saucie” czy na „norcie”. Tylko nieliczni, którzy nie kochają się w techno i piciu dla picia, szukają podobnych sobie i czasem marzą o powrocie do Polski.

A ja jestem w tym wszystkim i w ogóle jakiś niedokończony, nieokreślony, do tego uświadamiam sobie, że jak nie pasuję tutaj, tak i po drugiej stronie oceanu nie umiem znaleźć grupy, która odpowiadałaby mi w zupełności, w której mógłbym zawsze czuć się jak u siebie. I nie tylko to. Czuję też wreszcie (tak, czuję), o co chodziło Gombrowiczowi, kiedy używał słowa niedojrzałość. Nie tylko wiem, czuję. Zbliżają się dwudzieste urodziny, a ja cały czas nie umiem zmusić się do dobrowolnego założenia maski. Ale pewnie ktoś powie, żem po prostu dzieciak. Nie będę się wściekał.

Może to przez Sienkiewicza forma mi ostatnio kuleje i za nic nie chce popłynąć słowo w taki sposób, w jaki sam chciałbym je prowadzić. Może Marysh ma rację mówiąc, że nie można czytać wszystkiego. Może to niebezpieczne dla naszego punktu widzenia, może dla stylu. Z drugiej strony, uodporniłem się już na patos Hendrysia i totalnie przestał mnie ruszać, ale czego można się spodziewać po tych dwóch czy więcej tysiącach stron jego wielkiej pokrzepiającej serca trylogii. Doprawiłem wszystko Sarmatią Kaczmarskiego i osiadłem w miękkim fotelu szlacheckiej polski, na końskim siodle przemierzam stepy i Big Basin Redwoods State Park w górach między zatoką San Francisco a Pacyfikiem. Sekwoje, największe przecież drzewa na świecie, przypominają mi, że jesteśmy tylko pyłkiem i przecinkiem wobec potęgi natury bla bla bla i gdyby nie fakt, że przypadkiem nasz umysł stanowi jedyną siłę umiejącą nadać czemuś jakiekolwiek znaczenie, nie stalibyśmy się prochem tak nadzwyczajnym. Bo czymże jest nasze marne nawet i sto lat przy trzech tysiącach, które może przeżyć takie drzewo. Czymże jest jednak jego wieczne, stoickie milczenie wobec wszystkich słów wypowiedzianych przez człowieka w ciągu tych trzydzeistu wieków. I znowu wszystko zamienia się w wielki znak zapytania wynikający zapewne z mojego umysłowego lenistwa, niechęci do systematyzowania i wstrętu do wszelkich zagłębień-w-temat.

Zastanawiam się też ostatnio nad Gombrowiczem i tym, co sądził o polskości, a co tylko obiło mi się o uszy, bo przyznam, prócz kilku pierwszych stron Trans-atlantyku (który potem zaginął) nie czytałem niczego, w czym G. poruszałby tę kwestię. Gombro jest więc tylko jądrem krystalizacji.Z jednej strony jest Hendryś i jego pokrzepianie serc Wielką Rzeczpospolitą, potem kompleks wielkiej niegdyś Polski i LPR jako skrajny przykład, z drugiej alergia na słowa naród i patriotyzm. Pewnie jak zwykle jestem gdzieś po środku, znowu nie umiejąc się znaleźć wśród tylu sprzecznych definicji, nawoływań tylu ludzi mówiących w którą mam iść stronę. Czytając Sienkiewicza coraz mniej zwracam uwagę na bohaterskie (tam) czyny polskiego żołnierza, zapominam o tym, że to źli Polacy zniszczyli Wielką Obojga Narodów, a dobrych było po prostu za mało, że źli to egoiści, a dobrzy to patrioci. Coraz bardziej uderza mnie bogactwo tej kultury, która kwitła między Bałtykiem a Karpatami, w granicach dawnej Polski. Wyraźniej widzę wpływ, jaki wywarł Wschód choćby na ubiór polskiej szlachty i boleję nie nad jakimś upadkiem ojczyzny przez o duże, ale raczej nad tym, że ta kultura, piękniejsza może i bogatsza nawet (i zarazem raczej bardziej agresywna) od zachodnio-europejskiej, zniknęła zupełnie z naszych granic, że Europa tak bardzo wytrzebiła wszystko co było w Polsce nieuropejskiego. Bo nie widzę sensu we wchodzeniu na scenę, kiedy nie ma się nic ciekawego do zaoferowania. A co jest ciekawego w coraz bardziej wbrew pozorom homogenizującej się kulturze? Potem słyszę tureckie melodie w rytmie disco i skręca mnie coraz bardziej. Stawiam do tego pytanie: dlaczego silniejsi wyznaczają paradygmaty? I nawet nie wiem już, czy dobrze je stawiam.

Dowiedziałem się ostatnio, że w Ameryce ponad dziesięć procent dzieci jedzie już na psychotropach tylko dlatego, że bywaja nadpobudliwe. Podobno kierowców, którzy po wypadku nie wykazują się stockim spokojem, wysyła sie do psychologa. Dodajmy do tego Al-Kaidę, wojnę z terrorem i bez zbytniego koloryzowania (bez zbytniego, powtarzam) mamy już obraz amerykańskiego strachu przed nieprzewidywalnością (w tym wypadku wrogów i „szaleńców”), który przecież ogarnia także i Zachodnią Europę. Nie ma tu miejsca na wschodnie nieokrzesanie, wschodnią niedojrzałość. Pragnąc wejść na europejskie salony musieliśmy odrzucić część tego (jakże bogatego) dziedzictwa, z Europy Wschodniej przechodząc do Środkowo-Wschodniej, dla takiej Ukrainy czy biednych Rosjan będąc już pewnie nawet Zachodem w tym właśnie przez duże z znaczeniu. Wspinamy się na palce i będąc dziećmi udajemy dorosłych.

Tym samym znowu się rozdrobniłem i nie podjąłem wysiłku zebrania czegokolwiek jakkolwiek, ot tak, wyrzucam z siebie co mi ślina na język przyniesie i odkładam wszystko na przysłowiowe jutro.

Kalifornia

6 komentarzy

Przesiadywaliśmy tam całymi dniami, od rana do wieczora, bo co innego było do roboty. Kawa, herbata, wino grzane, miody. Marnotrawiliśmy czas na gadaniu o niczym, na pseudo-dysputach i naśmiewaniu się z tej całej narkomańskiej cyganerii, która miała zwyczaj wylegać po zmroku na ulicę. W końcu wyrzucali nas stamtąd, gdy kończyły sie pieniądze albo zaczynało świtać. Wtedy szliśmy przed siebie pewnym krokiem, mijając rozkrzyczane grupki naćpanych popaprańców.

Trzymaliśmy się za ręce patrząc sobie głęboko w oczy, każdy swojej, każda swojemu. I pewnie ludzie brali nas za odurzonych miłością, bandę zakochanych w sobie dzieciaków, złotą młodzież z dobrych domów. A my? A my mieliśmy to generalnie w dupie.

Powyższe jest oczywiście nieprawdą, właściwie półprawdą, prawdą kompilowaną z prawdziwych wydarzeń mających miejsce w odległych punktach czasoprzetrzeni, z opowiadań, projekcji i pragnień. Pełno w mojej głowie takich historyjek tylko z rzadka przenoszonych na papier czy ekran komputera. Bez początku, bez końca, bez wstępu, bez puenty. Pełno obrazków, w których fikcja miesza się z rzeczywistością, teksty przyswojone wkradają się we wspomnienia i psują obraz. Pełno w moich uszach muzyki i wiatru, a w oczach kalifornijskiego słońca. Coraz mniej miejsca na jakiekolwiek sensowne myśli, które czasem tylko na chwile zapalają się w głowie i nikną niezapisane, nierozwinięte wśród szumu pacyficznych fal, krzyku mew i pelikanów.

light.jpg

Stawiam więc pytanie.

Czy jest jeszcze coś więcej niż człowiek? Coś więcej niż przez człowieka, w człowieku i z człowiekiem?

I cieszę się, że nadal stawiam.

tak, tak

7 komentarzy

noc1.jpg

tak, tak, tracę formę
treść tym bardziej
poza tym wyjeżdżam znowu na dwa tygodnie i mogę nie mieć kontaktu
może wielki kanion mnie natchnie


  • RSS