maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

. (updated)

19 komentarzy

pilgrim_d.jpgAdam Mickiewicz, Pielgrzym

U stóp moich kraina dostatków i krasy,
Nad głową niebo jasne, obok piękne lice;
Dlaczegoż stąd ucieka serce w okolice
Dalekie, i – niestety! jeszcze dalsze czasy?

Litwo! piały mi wdzięczniej twe szumiące lasy
Niż słowiki Bajdaru, Salhiry dziewice,
I weselszy deptałem twoje trzęsawice
Niż rubinowe morwy, złote ananasy.

Tak daleki! tak różna wabi mię ponęta;
Dlaczegoż roztargniony wzdycham bez ustanku
Do tej, którą kochałem w dni moich poranku?

Ona w lubej dziedzinie, która mi odjęta,
Gdzie jej wszystko o wiernym powiada kochanku,
Depcąc świeże me ślady czyż o mnie pamięta?

Z Sonetów krymskich

Wybaczcie, że znowu cudzym słowem Was raczę, ale ostatnio tracę wiarę we własne. Nie umiem mówić do wszystkich naraz, do nikogo, do niewiadomokogo. Tym bardziej, że jesteście w tej chwili tylko ciągiem liczb, zbiorem tak czy inaczej ułożonych literek na ekranie, a ja przypadkiem wierzę, że kryją się za tym jakieś palce i oczy. Chyba wolałbym z każdym po kolei, przy kawie herbacie face-to-face o tym i tamtym choćby o pogodzie, byle nie o istocie rzeczywistości, bo tu przecież znowu trzeba się podciągać, wspinać na palce.

Zwłaszcza że ostatnio nic tylko chciałbym z tej rzeczywistości uciec, wyemigrować albo chociaż olać ją na chwilę w większej części i zapatrzyć na jakiś nieistotny szczegół, ot liść czy kopiec kreta tak, żeby on jeden wydawał się prawdziwy, żebym zapomniał o książkach, gębach, ludziach i siedział stałbym tak cały dzień, a oni przechodziliby biorąc mnie za wariata i pokazując palcami. Niektórzy myślą mówią podobno to prawda, że lubię utrudniać sobie życie.

Mickiewicza odkrywam na nowo, wolny od szkolnego przymusu. I nie mówcie proszę, że wolicie masuo.

I jeszcze:

Dziwne. Wciąż nie mogę uwierzyć w Boga, a coraz częściej zachowuję się tak, jakby był tuż obok.

„Ot, wojna skończona! ot, fala u progu rozbita! – myślał. – Pan Czarniecki miał słuszność: niepożytą jest siła Rzeczypospolitej, niezachwianą jej potęga.”
A gdy tak myślał, duma rozsadzała mu piersi; nie niska duma płynąca ze spodziewanego nasycenia zemsty, z upokorzenia wroga ani z odzyskania wolności, której za chwilę już się spodziewał, ani z tego, że czapkowano przed nim teraz, ale czuł się dumnym, że jest synem tej Rzeczypospolitej zwycięskiej, przepotężnej, o której bramy wszelka złość, wszelki zamach, wszelkie ciosy tak rozbijają się i kruszą, jako mocy piekielne o bramy nieba. Czuł się dumnym jako szlachcic-patriota, że w zwątpieniu został pokrzepion, a w wierze nie zawiedzion. Zemsty już nie pragnął.
- Obaczymy, czy masz dobrą krew w sobie – mówił dalej do omdlałego – gdyż żydowska, podlana miodem albo-li winem, warzy się; chłopska, jako leniwa i ciężka, idzie na spód, a jeno szlachecka animuje się i wyborny tworzy likwor, któren ciału daje męstwo i fantazję. Innym też nacjom różne dał Pan Jezus napitki, aby zaś każda miała swoją stateczną pociechę.
- Mości Wierszułł, każ waść swoim Tatarom tych Kozaków pościnać, dla naczelnego zaś palik zastrugać i nie mieszkając go zasadzić.
- Tam się broniłem, na górze, a oni szturmowali mnie z dołu i przez dach. Nie wiem, jak długo to było, bo w bitwie człowiek czasu nie liczy. Bohun to był, Bohun ze srogą potęgą i z wyborem ludzi. Popamięta on waćpana, popamięta i mnie! Innym czasem ci opowiem, jako w niewolę popadłem, com wytrzymał i jakom Bohuna splantował, bom i na języki się z nim próbował. Alem dziś tak fatigatus, że ledwie na nogach się trzymam.
- Vivat Jeremi victor! – powtórzyło tysiące głosów, a wtem kasztelan kamieniecki zbliżył się i dał znak ręką, że chce mówić. Uciszyło się zaraz nieco, on zaś rzekł:
- Król mnie dał buławę, ale ja ją w twoje, godniejsze ręce, zwycięzco, oddaję i pierwszy twoich rozkazów chcę słuchać.
- I my z nim! -powtórzyli dwaj inni regimentarze.
Trzy buławy wyciągnęły się ku księciu, ale on rękę cofnął i odrzekł:
- Nie ja waszmościom dawałem buławy, więc ich nie będę odbierał.
- Bądź więc nad trzema czwartą! – rzekł Firlej.
I jako dwa bure wilki zbyt napierane przez ogary odwrócą się i błysną białymi kłami, a psiarnia, skomląc z dala, nie śmie się na nie rzucić, tak i oni odwracali się po kilkakroć i za każdym razem biegnący na przedzie stawali na miejscu. Raz tylko puścił się ku nim jeden, widocznie śmielszej natury, z kosą w ręku; ale pan Michał skoczył jak żbik ku niemu i ukąsił go na śmierć. Reszta czekała na innych, którzy nadchodzili biegiem gęstą ławą.

A tak, czytać trzeba wszystko. Trzeba różnych perspektyw, od Gilgamesza, po Masłowską. I nigdy nie jest za późno. Czyli Na jagody też bym chętnie kiedyś strawił.

snieg.jpg

Zamarzliśmy dość niespodzianie. Zamarzliśmy w drzwiach, w oknie, na fotelu, zastygliśmy w bezruchu a z nami cały świat przymarzł sam do siebie. W zasadzie można by palić w kominku i ćmić fajkę. Ale jesteśmy zamarznięci, skamieniali, ani ręką ruszyć ani nogą. Przewracana kartka nie chce pokazać, co jest dalej i zawisa w połowie drogi, kawa dezerteruje gdzieś między dzbankiem a filiżanką, tylko płatki śniegu tańczą na wietrze, a światło latarń zagląda im pod spódnice.
Od dawna szukałem tych nieznacznych zmian światła, tych nastrojów, odcieni i zapachów ledwie wyczuwalnych, których brak najbardziej jak dotąd dawał mi się we znaki i nie pozwalał poczuć się tu jak u siebie. Dzisiaj w hipermarkecie, gdzie puszczali jazz-kolędy i próbowali ucapić mnie w nastrój świąteczny poczułem się jak gdzieś bliżej domu niż jestem było to bardzo dziwne w tej świątyni konsumpcji a może po prostu się dałem.
Bo spadł śnieg, przykrył wszystko i zamroził na chwilę. Zrównał te dwa odległe miejsca, moje tu i moje tam. Zima tak samo „zaskakuje drogowców” po obu stronach, płatki tak samo podrygują, gdy im podwiewa, śnieg tak samo skrzypi i odbija promienie słońca. Tak samo szczypie w dłonie, kiedy bez rękawiczek lepi się bałwana. I chętniej się wraca do domu, gdziekolwiek on jest, bo tam ciepło, bo herbata i nos wreszcie ma szansę odtajać.
Wszystko jest przysypane. Przed chwilą nie było, za chwilę nie będzie, bo pierwsze podrygi, bo jesień jeszcze się broni, ale na te kilka godzin świat się zatrzymał, a śnieg wytłumił niepotrzebne hałasy. Dzisiaj wszystkie samochody są białe. I cieszy mnie to niezmiernie.
A po kilku godzinach zostaje tylko wspomnienie i myśli za nic nie chcą ułożyć się tak pięknie jak wtedy, kiedy wracałem z pralni brnąc przez zaspy, bo przecież trzeba pod czymś spać dzisiejszej nocy. Po raz kolejny ponoszę więc porażkę w starciu z rzeczywistością. I przestaję się dziwić, zaczynam przyzwyczajać.

zapakuj mnie.

6 komentarzy

( wychodzimy. to znaczy gramy dalej. ktoś zapuścił coltrane’a greensleeves, jakaś ręka sięgnęła za pazuchę i stało się. powiedziałbym moja, ale jakoś obok obok siebie dzisiaj. jak w tym filmie albo jak w filmie. idziemy, ja i moje ciało. otwieramy drzwi, w soundtracku dalej coltrane, bo tam jest siedem wersji tego samego. i jestem ja i moje ciało moja ręka moje nogi przed siebie ciągną moje palce piszą pisać będą wtedy myślałem. więc siebie z zewnątrz oglądam, idę obok i zastanawiam się dlaczego odpadłem tak dzisiaj od reszty od reszty od siebie bo ciało mną przecież też poniekąd jest.
a potem już na chłodno a może i na ciepło bo inny budynek i pocę się pod kurtką patrzę tam do tyłu i myślę, że może nie tylko mi tak czasem, że na pewno nie tylko mi. i wszystkie te metafory z mięsem zaraz wpadają do głowy i teledysk do another brick in the wall part tu. bo patrzę teraz na te paniusie co na siłowni pupki modelują patrząc w ekran telewizo albo techniawy słuchają (ohoho a ja też modeluję tylko co innego) i staje mi w oczach taśma produkcyjna te kurczaki po dwadzieścia tysięcy w jednej hali ślepe i głuche, po co im, tylko niech utyją. patrzę na te kurczaki na taśmie bieżni co pupki modelują i nawet nie żebym miał coś przeciwko takim o nie. tylko w tamtej chwili brakuje mi lasu i gór i myślę, że wolałbym tam sobie conieco pomodelować bo cel przecież inny a tłuszczyk wytapia się przy okazji. i tak było kiedyś i ci meni przecież to byli żołnierze rycerze a teraz tak na skróty biceps dla bicepsu. wszystko zapakowane w folię mruga z zachętą na półce wielki hipermarket życia. a potem się okazuje, że człowiek to jednak coś więcej, zaczynają się problemy i depresje zobaczymy co za dwadzieścia lat albo za pięćdziesiąt. hipermarket się zawali )

zapakuj mnie. i wyślij ju-pi-esem.

( wyłączam (zawsze mówię wyłanczam, a O. mnie poprawia) komputer. zaraz, zapomniałem o czymś myślę, ale gorąco, czasu mało, chuj z tym zrobi się jutro. jak wszystko. jutro, pojutrze, od jutra, od piątku. a może od pełnej godziny, hę? OK, wyłączam. drzwi od niemojego biura, światło, klucz, winda. o, automat mówi żołądek. snickers i cola za 2 dolary kurwa szybciej z tą resztą gdzie te jebane quarter dollar. po snickersie. pół coli ląduje w koszu, myślę sobie ja pierdole przecież w polsce to z siedem zeta. i tylko kilka chwil wątpliwej przyjemności. eh, w dupie to mam. tu nie polska.
miałem w głowie taki pomysł, że nasza tu wschodnia czy centralna (ble jak to brzmi) kultura w sumie ma przewagę nad zachodem w jednym co najmniej aspekcie. o ile my byliśmy zawsze zapatrzeni na lewo (tzn. lewo na mapie), o tyle te buraki germańsko-romańskie zawsze nas miały głęboko w nosie, no. że my znamy i swoją i cudzą, a oni tylko w swojej się taplają czyli mamy lepszy wywiad w ogóle, więcej konteks i bla bla bla. tylko nie równać jak mówił gombro. i miał być cały chujowy, nudny elaborat o tym, ale jakoś nie chciała mi się puenta znaleźć, tzn mi się nie chciało szukać, zwisłem naczy siusiak mi sflaczał. bo musi być jakieś zdanie na koniec takie ohoho. co mi kurwa z tym ohoho? ostatnio zobaczyłem, że blog takiej jednej nowickiej się nazywa hohoho czy coś w tym stylu, a ja się czuję wtórnie z tym jebanym ohoho swoim, ale tej pani nie znam w ogóle i nie mam przystępu, choć cośtam czytałem kiedyś o chujostwie i było całkiem spoko. ostatnio się jakiś mało konkretny wogle robie. ale nieważne.
idę sobie do biblioteki i właśnie łyknąłem coli classic coke i posłałem półpełną puszkę w diabły, co to nie śpią, tylko harcują w koszach na śmieci. a w bibliotece sobie siedzę zawsze pod takim obrazem ni to, co to za cholerę nie wiem, bo same żółte i czarne i trochę brązowego i jakiś szarobury bez tytułu, to skąd mam niby wiedzieć. i słucham sobie philipa glassa „godziny” siedząc pod tym obrazem który jest sprzeczny bym powiedział bo nic nie wyraża i ja sobie mogę pomyśleć w ogóle co chcę, na przykład, że to jest orgia seksualna i ble żar splontanych ciau ble a tu pani nasza du lac przecież patronuje czyli maryja. i powiedziałbym, że jest, ale nie jest bo nic nie wyraża i nic nie myślę i się nie kojarzy nic a nic kurwa, a może trzeba mu się przyjrzeć tylko i już się jakaś łechtaczka i łydka znajdzie, ale się nie przyglądam tylko siedzę. no nic, no chuj. tera se kurwa pójdę na siłkę.
tak, czasem po prostu trzeba sobie poprzeklinać. )

kiedyś będę umiał rozpierdolić swój wizerunek.
tak, czasem trzeba. amen.

Idziemy

4 komentarzy

click, click, idź dalej

Byłem na koncercie. Grali Magnifikat J.S. Bacha (BWV 10), fragmenty lekko patetycznej Harmoniemesse Haydna i parę renesansowych motetów różnych kompozytorów. Muzyka klasyczna zawsze wprawia mnie w dobry nastrój, szególnie dobra muzyka klasyczna. Nie przeszkadzało mi nawet za bardzo, że jedna kobitka w pierwszych skrzypcach lekko fałszowała w czasie mszy Haydna. Ale w końcu to żadna filharmonia, ledwie orkiestra studencka.


Chętnie poznam opinie o moim wierszu, więc dyskusja pozostaje otwarta, jeśli ktoś ma ochotę.
Tymczasem wiersz Miłosza zamiast jednej z odpowiedzi. Z tomiku „TO”:


UNDE MALUM

                                                  „Skąd się bierze zło?
                                                  jak to skąd

                                                  z człowieka
                                                  zawsze z człowieka
                                                  i tylko z człowieka”
                                                              Tadeusz Różewicz

Niestety panie Tadeuszu
dobra natura i zły człowiek
to romantyczny wynalazek
gdyby tak było
można by wytrzymać
ukazuje pan w ten sposób głębię
swego optymizmu

wystarczy pozwolić człowiekowi
wytruć swój rodzaj
a nastąpią niewinne wschody słońca
nad florą i fauną wyzwoloną

na pofabrycznych pustkowiach
wyrosną dębowe lasy
krew rozszarpywanego przez wilki jelenia
nie będzie przez nikogo widziana
jastrząb będzie spadać na zająca
bez świadków

zniknie ze świata zło
kiedy zniknie świadomość

rzeczywiście panie Tadeuszu
zło (i dobro) bierze się z człowieka


I to by chyba było na tyle. Tak bez polotu. Nic a nic.

kompania

                                                        From this day to the ending of the world,
                                                        But we in it shall be remember’d;
                                                                           
W. Shakespeare, King Henry V


w innych okolicznościach może byśmy się zaprzyjaźnili mówił
i pytali siebie nawzajem o co walczymy
bo przecież oni też lubili wędkować żony mieli i matki
też mi różnica kolor munduru kształt hełmu myślałem

potem był ten patrol i ogrodzenie z kolczastego drutu
a do filmu wzięli chyba wszystkich anorektyków z okolicy
i przyszli niemcy którzy nie wiedzieli żeby grzebać ciała
choć mieszkali obok przez te wszystkie lata
odpowiedź znalazła się sama jak na zawołanie

znam oświęcim tylko z filmów i muzeów nawet nie z opowieści
bo nikt już nie zdążył nic mi opowiedzieć
nie pytałem z lenistwa albo ignorancji
choć gdybym wiedział jakie to może wywołać wspomnienia
nie odważyłbym się nawet poruszyć tej struny

nie umieli uśmiechnąć się nawet półgębkiem patrzyli ponuro
pili tanie whisky usta zasłaniali chustkami
nawet zapach był nie do zniesienia oczu nie sposób odwrócić

nie wiem nie widziałem nie mam prawa możliwości
nie znam ogromów i rozmiarów nie znam uczuć i zapachu
może tylko dlatego jeszcze przez gardło mi przejdzie
hymn pochwalny w języku oprawcy jesu meine freude

listopad ’04


a tak w ogóle, to po lewej, w linkach, dodałem kategorię muzyka. można sobie tam ściągnąć to, czego akurat zdarza mi się słuchać.

i jeszcze

12 komentarzy

Nic mi się nie chce. Czytać, jeść, pić, wychodzić z domu. Nawet żyć nie bardzo. Ale bez żadnych pasków od spodni, belek stropowych i pętli, o nie. Po prostu apatia i szare niebo nad głową. Już mówiłem, koniec jesieni, towarzyska pustka i początek zimowej depresji. Przydałaby się jakaś dobra nowina, prywatna ewangelia, nie przez duże Ch i w ogóle bez wielkich liter, jakiś uśmiech nie tylko przelotny. Poza pisaniem i wskakiwaniem od czasu do czasu do jednego basenu, niczego nie robię tu tak naprawdę regularnie. Pisanie przynosi rozczarowanie złą frazą, a pływanie już po prostu zaczyna się nudzić, ale coś przecież trzeba robić.
Zaraz włączę Bacha i od razu zrobi mi się lepiej. Wcale nie dlatego, że Jesu, meine Freude, bo już dawno zapomniałem, co to naprawdę znaczy, po prostu melodie złożą się jak zwykle i oderwą mnie od rzeczywistości, znowu z ciemnego kościoła św. Tomasza w Lipsku wyjdę w słoneczną niedzielę, gdy na zakończenie piątej części pojawi się nagle akord durowy. To oderwanie staje się dla mnie ostatnio jedynym ukojeniem, bowiem rzeczywistość tutejsza już od dawna jest mi wrzodem na dupie, a ja raczej nie widzę szans na zmianę tego stanu rzeczy.

dalej

2 komentarzy

Ciasto się skończyło. Nic dziwnego, skoro niczym innym się ostatnio nie żywiłem. Jesień też się kończy, liści już nie ma, wciąż zimno mi w stopy. Znowu nic nie napiszę, tylko wykręcę się sianem, Cześć, co u Ciebie? blablabla.
Olałem wielką współczesną literaturę, czytam Ogniem i mieczem, oglądam Władcę Pierścieni i w najbardziej patetycznych momentach oczy pokrywa mi cienka warstewka wilgoci, a ja nic nie mogę na to poradzić, choćbym nie wiem jak się wstydził.
Bo ten cały wyjazd, ten cały rok na wygnaniu, to zapasowy, dodatkowy czas na oswojenie się z myślą, że już wkrótcę, już zaraz, już właściwie będę musiał muszę udawać, że jestem dojrzały. Patrzę, obserwuję, oglądam, czytam różnych takich większych i mniejszych, zachwycam się albo nie. I wiem, i rozumiem, i dyskutuję niemal na równych prawach z trójką doktorów nauk humanistycznych, to w końcu jedyni ludzie, z którymi można pogadać tu po polsku. I złość we mnie wzbiera, bo nie chcę, nie mogę. Bo wchodzę w coraz bardziej świadome kłamstwo, mam przecież świadomość, uświadamiają mnie przecież ze wszystkich stron, sam się uświadamiam. A wiem, że nie dorosłem, że udaję, że chcę, żeby wszyscy myśleli ohoho. I nie chcę, i nie mogę. I dziękuję za ten rok komu tam, niech będzie nawet i przez duże Be, bo dzięki temu mam więcej czasu, żeby się oswoić po prostu, żeby zaakceptować wszystkie pozy, które będę musiał przybrać i umizgi, w których wezmę udział. I albo stanę się zgorzkniały i cyniczny (ewentualnie tylko cyniczny) jak wszyscy młodzi i niegłupi, albo pozostanę takim głupim idealistą i dalej będę parzył sobie ręce i język, dalej będzie oślepiać mnie blask chłamstwa, nie będę mógł wytrzymać tego zgiełku i będę wymiotował z obrzydzenia, albo zostanę księdzem czy kapłanem tego lub innego boga i powalczę trochę z wiatrakami. Najpewniej wszystkim po trochu, bo przecież naszym światem rządzi jedna wielka sprzeczność.
I widzę, że efekt końcowy jak zwykle rozminął się z zamierzeniami.

wall2.jpg


  • RSS