maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

Bo

5 komentarzy

Nie-porozumienie i samotność przeczytałem. I stawiam pytania. Czyli zastanawiam się (ostatnio nic innego), czy nie ma jakiejś drogi ucieczki. Pamiętacie kampanię antynarkotykową „Najlepsze wyjście – nie wchodzić”? Czy to nie jest trochę tak, że gdy uświadamiamy sobie coś tak nieuchronnego jak niemożliwość pełnego porozumienia z drugim człowiekiem, znajdujemy się w sytuacji bez wyjścia? Przecież nic nie można zrobić, poza wiecznym próbowaniem. Bo trudno zapomnieć o czymś, co już się odkryło.

Z drugiej strony, co z tymi, którzy nie mają podobnych problemów? Nie można przecież pysznie stwierdzać, że są głupsi od nas i nie są w stanie zrozumieć. Zresztą nie należy generalizować. Czy istnieją w ogóle jakieś typy osobowości? Społecznik/samotnik?

Problem właściwie nie polega na godzeniu-niegodzeniu się ze śmiercią/stratą/odejściem. Problem w pytaniu i niepewności. W pytaniu o to, czy śmierć jest kresem ostatecznym, które zadajemy sobie od tysięcy lat. I jakie znaczenie ma fakt, że śmierć jest ostatnim momentem cudzego życia, który choć trochę dostępny jest naszemu doświadczeniu, skoro coś takiego jak współprzeżywanie w istocie w ogóle nie istnieje (choć nie wiem jak bardzo bym tego chciał) i tak naprawdę życie nienasze naszemu poznaniu poddaje się tylko w nieskończenie małym stopniu? Wygląda na to, że ta malutka kropla mimo wszystko przechyla szalę.
I do tego jeszcze niepewność, obawa, że mimo obietnic nic tam dalej nie istnieje, nikt na nas nie czeka, że śmierć nie jest bramą przez którą przejść trzeba. Nienajlepiej jest zaprzeczać samemu sobie, choć mogę traktować to jako dalszy ciąg pewnego toku dociekań.

Jakie znaczenie ma fakt, że w ogóle stawiamy takie pytania? Wiadomo przecież, że odpowiedź można znaleźć tylko samemu, w tym szczególnym momencie, kiedy już nikomu nic na ten temat nie będziemy mogli powiedzieć. Jestem jednak w tym miejscu i trzeba się ruszyć w którąś stronę.
Pytanie na koniec brzmi więc: Czy nie nie warto odpuścić sobie w ogóle te wszystkie rozważania, by w ten sposób zaoszczędzić może i lata całe? Dziwne, po drodze jakoś narzuca się odpowiedź: Zrozum, że się nie da.


Zaczynam właśnie pracę nad nowym wystrojem tego wszystkiego. Biel pozostanie, pewnie zniknie czerwony i ten wielki neon u góry. Będzie prościej, może jaśniej.

Kobiety

2 komentarzy

Pisałem wam już dawno o mojej szczególnej słabości do pięknych kobiet. Niestety tutaj, w kraju wygnańców, trudno uświadczyć cudów jakimi co jakiś czas natura nas raczy pozwalając przyjść na świat urodziwej niewiaście. Trudno było aż do dzisiaj, kiedy wreszcie odkryłem prawdziwą perłę, nie mogłem oderwać wzroku. Absolutnie nie blondynka z niebieskimi oczyma, których tutaj pełno. Kolejny balsam dla stęsknionego serca.

Poza tym liczę na to, że w ciągu najwyżej półtora tygodnia będę miał aparat i wreszcie podzielę się z wami obrazem tutejszym.

Czytam wspomnienia o Miłoszu.
Słucham Możdżera.

Czytam

4 komentarzy

Kraj

   Na samym rogu tej starej mapy jest kraj, do którego tęsknię. Jest to ojczyzna jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości. Niestety wielki pająk rozsnuł na nim swą śieć i lepką śliną zamknął rogatki marzenia.
   Tak jest zawsze: anioł z ognistym mieczem, pająk, sumienie.

Epizod w bibliotece

   Jasna dziewczyna pochyliła się nad wierszem. Ostrym jak lancet ołówkiem przenosi na białą kartkę słowa i zamienia je na kreski, akcenty, cezury. Lament poległego poety wygląda teraz jak salamandra objedzona przez mrówki.
   Kiedy niesliśmy go pod ostrzałem, wierzyłem, że jego ciepłe jeszcze ciało zmartwychwastanie w słowie. Teraz, kiedy widzę śmierć słów, wiem, że nie ma granicy rozkładu. Pozstaną po nas w czarnej ziemi rozrzucone głoski. Akcenty nad nicością i prochem.

Księżyc

   Nie rozumiem jak można pisać wiersze o księżycu. Jest tłusty i niechlujny. Dłubie w nosie kominów. Jego ulubione zajęcie to włazić pod łóżka i wąchać buty.

Zbigniew Herbert, z tomu Hermes, pies i gwiazda

   Dzisiaj jeszcze dramaty Herberta. Literatura często przenosi mnie w inne rzeczywistości. Dzięki niej łatwiej zapomnieć o tym, co realnie nas otacza, a to w obecnej sytuacji bardzo mi się przydaje. Na bezludną wyspę zabrałbym wielką stertę książek, zeszyt i pióro.

Jesień

4 komentarzy

Co sekunda ktoś się gdzieś rodzi. Co sekunda ktoś umiera. Pięć minut temu karmiłem ptaki. Trzystu odwaliło kitę. Trzystu innych urodziło się, obmyto ich z krwi, wszyscy obmyci są krwią Baranka, beczą beeee.

James Joyce, Ulisses

Jaka będzie poezja w przyszłości, ta, o której myslę, ale której już nie poznam? Wiem, że jest możliwa, bo znam krótkie chwile, kiedy już niemalże tworzyła się pod moim piórem, żeby zaraz zniknąć. Rytmy ciała – bicie serca, puls, pocenie się, krwawienia periodu, lepkość spermy, pozycja przy oddawaniu moczu, ruch kiszek, będą w niej zawsze obecne razem z podniosłymi potrzebami ducha i nasza podwójność znajdzie swoją formę bez wyrzekania się jednej strefy albo drugiej.

Czesław Miłosz, Nieobjęta ziemia

Pierwszy dzień jesieni cztery tygodnie od wygnania z Polski. Wygnania dobrowolnego niby, ale to słowo jednak najlepiej teraz pasuje. Choć zaczynam się przyzwyczajać, godzić z nową rzeczywistością. Czas płynie. Dzielę się moimi lekturami.

Chicago

6 komentarzy

Wczoraj Chicago. Brzydkie miasto, poza downtown, gdzie wielka architektura współczesna i klimat metropolii. Potem impreza polskiej młodzieży na przedmieściach Windy City. Polo-nie. Głupie spite szesnastki, lizanie po pijaku, debilni dukający skejci (weź to zapisz) i wielkie rozczarowanie. Więcej nie. Powrót do „domu”. Z ulgą. I pierwsze poczucie, że skądś wracam. A więc domu.

Dzisiaj St. Joseph i jezioro Michigan z trochę innej strony. Plaża, wiatr od morza i zachód słońca w kolorze. Ciepło. I hamburgery.
Wieczorem partia szachów. Przegrana.

Jutro. Dalej będzie umierał i nikt mu już nie pomoże. Następny. Utracone nadzieje i pobudzone nadzieje. Bóg, takie tam. Spory na temat Miłosza. Komunia-nie. Ojciec – syn. List od syna. Mojego ojca. Nic nie mogę zrobić i nawet mnie tam nie będzie. Tak wygodniej ale wcale nie lepiej mniejsza o interpunkcję. Może lepiej, może niebo, nadzieja że niebo mimo wszystko mimo sceptycyzmu. Ostatnia deska ratunku i strach przed niebytem, bo nas to też kiedyś czeka, ale naprawdę musi blisko walnąć, żeby nam przypomnieć.
Mówiłem wam kto…

***

7 komentarzy

gdy Ulisses wrócił spod Troi do domu,
łuk naciągnął, przepędził wszystkich zalotników
wojnę skończył
i żyli…
tu Poeta milknie

a przecież Itaka nie jest kresem życia
wajdelota odszedł ze swoją zapłatą
nikt już się nie dowie, co się działo dalej

odkładam Homera, dopijam herbatę
przyśni mi się dzisiaj pogrzeb Ulissesa

nawet śmierć jest bramą przez którą przejść trzeba
żeby wyjść na nową, nieznaną równinę

może tak naprawdę umieramy co dzień
zachód kończy naszą małą odyseję
i gdy żmija kąsa Księcia na pustyni
nowy, niespisany rozdział się zaczyna

wąż połyka ogon?
nie, wszystko się zmienia

wrzesień ’04


Czytam Joyce’a, gram na gitarzę i nie uczę się hiszpańskiego.

Connection

3 komentarzy

Nie wiem jak bardzo i na jak długo, ale fakt podłączenia mojego domowego komputera do internetu, wprawił mnie w trochę lepszy nastrój. Chociaż nadal nie udało mi się doświadczyć tego nastroju zadumy czy zastanowienia czymkolwiek, który jednak czasem w Polsce mnie nachodził.
Wszystko jest tu takie wielkie, Amerykanie wszędzie się spieszą, tylko w piątki i soboty imprezują do oporu. Tak mocno, że czasem kogoś zabiera karetka.
W obecnym zawieszeniu nie widzę na razie nadziei na podjęcie jakiejś sensownej pracy twórczej (na żadnym polu), ale cały czas liczę na to, że coś się zmieni. I nadzieję tę porzucę pewnie dopiero za parę miesięcy.

Ale teraz będę Was odwiedzał wreszcie.

Cały problem w tym, że nie czuję i nie widzę nadziei na poczucie się tutaj jak w jakimś swoim miejscu. Ani trochę. Trudno to wyrazić, bo użycie wyrażenia „u siebie” w ogóle nie wchodzi w grę. „U siebie” jest niebiesko i jest sosnowe biurko i okno z widokiem na worek treningowy sąsiada i jego dwa obleśne rotweilery.
Łóżko wydaje się zawsze być takim kątem, w którym można się skulić i poczekać aż minie złość na wszystko, co mnie otacza. A tutaj nawet łóżko. Nawet nie stoi w kącie, jak w domu.
Boję się tylko, że jak wrócę, nawet w domu nie będę się czuł do końca u siebie. I znowu trzeba będzie się przywyczajać.
Powoli nawiązuje tu jakieś kontakty, ale na razie nie jestem zachwycony, choć podobno w Polish Club mają dużo ładnych blondynek. Tylko że ja mam już dość blondynek, a ich kanony piękna różnią się nieco od naszych, więc nie oczekuję zbyt wiele.

Internet w domu powinienem mieć w poniedziałek, wtedy postaram się pisać częściej i więcej.

I

2 komentarzy

        przeżywałbym dalej codzienność wyblakłą
        nie wiedząc jak kiedyś może mi brakować
        powrotów do domu

        lecz za oceanem
        nigdy tak naprawdę
        nie wracam do siebie


  • RSS