maurycy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2004

        Tu zęby mamy wilcze a czapki na bakier,
        tu u nas nikt nie płacze w walczącej Warszawie:
        tu się Prusakom siada na karkach okrakiem,
        tu wrogów gołą garścią za gardło się dławi!…

        A wy tam wciąż śpiewacie, że z kurzem krwi bratniej,
        że w dymie pożarów niszczeje Warszawa -
        a my tu nagą piersią na strzały armatnie,
        na podziw wasz, na śpiewy i na wasze brawa!

        Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie
        gdy tu nadeszło wreszcie oczekiwane święto?
        U boku swoich chłopców walczą tu dziewczęta,
        i nawet dzieci walczą, i krew radośnie płynie.

        Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
        Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
        Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla was!
        Oklasków też nie trzeba! Żądamy amunicji!

                                              Zbigniew Jasiński – „Rudy”

Zobaczyłem to ostatnio na plakatach informujących o otwarciu Muzeum Powstania Warszawskiego i musiałem zamieścić. To chyba najradośniejszy wiersz o Powstaniu. Najradośniejszy wiersz o poświęceniu dla ojczyzny. Patriotyzm traci ten, niekiedy negatywnie kojarzony, cierpiętniczy wymiar.
To też jest wskazówka na temat maurycego. Nowy rys. Chociaż w maurycym został już może tylko romantyzm.

egoizm

5 komentarzy

jestem egoistą
macie jakąś radę?
bo nie chcę już dłużej

Maurycy jest kotem!

km2_d.jpg

Kurcze!

1 komentarz

Dzisiaj znowu straciliście notkę przez cholerne Windowsy.

Naprawdę się wkurzyłem.
Przepraszam.

Ale po kilku dniach złagodziłem nieco (dopisek z 29 marca).

Nie jest łatwo mówić o Bogu. Może dlatego, jak dotąd, nie zaczynałem. Słowa nie zawsze są tu dobrą formą przekazu. W ogóle ludzie ostatnio mają problem z rozumieniem słów (może tylko słow pisanego, ale jednak). Dlatego na wstępie chciałby polecić dwie wypowiedzi na temat Boga (tego konkretnego).
Po pierwsze „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese. To nie jest jakaś konkretna interpretacja faktów, więc nie mogę powiedzieć, że się z tym zgadzam lub nie, ale na pewno ten film wyjaśnia więcej i skłania do głębszej refleksji niż „Pasja” Mela Gibsona. To moje subiektywne odczucie.
Zresztą do tego się chyba już przyzwyczailiście – że to, co wam staram się powiedzieć, jest subiektywnym spojrzeniem na sprawy obecne w obiektywnej, zbiorowej „przestrzeni rozważania”, że sobie użyję takiego dziwnego sformułowania.
Druga wypowiedź to krótki komiks z volot.blog.pl Zobaczcie. Mi się podoba. Dobór tych „tekstów” był dość chaotyczny, kryterium była chyba świeżość (film oglądałem w poniedziałek a komiks przed chwilą).

Spałem dzisiaj w nocy dwie godziny i dośc wolno mi idzie, ale nie dam się zmęczeniu i znikającym notkom.

Na początku mój poetycki głos w tej sprawie. Wiersz jest już stary i w sumie nienajlepszy, ale mimo wszystko:


          Kilka słów na temat wiary

          Łatwiej wierzyć w Pasterza,
          który patrzy i słucha
          Niż w bezimienny, bezosobowy zbieg okoliczności

          W planową pankreację
          Niż w przypadkowy układ pierwiastków

          W moc modlitwy
          niż w farta

          Łatwiej wierzyć
          w Boga
          niż w szczęście

Po moich doświadczeniach tym łatwiej.
Zawsze miałem problem z Jezusem, ale po filmie Scorsese pewne rzeczy już do mnie dochodzą. Trudno mi uznać te wielkie dzieła, które są w Biblii. To jest kwestia wiary, ale czy kwestia łaski?
Bóg opiekun w pewnym sensie. Mój Bóg nie jest idealnie tym Bogiem, którego wizję mamy w tamtym krótkim komiksie na volot.blog.pl. Mój Bóg co jakiś czas sam wyciąga rękę do człowieka, ale tylko od człowieka zależy, czy będzie chciał i umiał na to odpowiedzieć i czy nauczy się sam tę rękę wyciągać.
Rozmawiam z Nim co jakiś czas. Sam, przed pójściem spać. Chyba czasami pomaga. Dziękuję Ci, Boże…

Ot, cała moja teologia.

Znowu

4 komentarzy

Miłość przychodzi niespodziewanie. Tak jest zawsze. Kiedy wydaje Ci się, że już nie jesteś zdolny do miłości, kiedy twoja przyjaciółka, która na zawsze miała pozostać tylko przyjaciółką, pokazuje inną twarz, albo od innej strony ją poznajesz.
Najpierw była tylko koleżanką. Potem poznawaliśmy się, poznawaliśmy, kłóciliśmy, nie lubiliśmy. Potem dostrzegłem w niej wartościową osobę i zaczęło się coś na kształt przyjaźni. Teraz widzę też piękną kobietę. I w sercu pojawiają się pierwsze iskry.
Nie dmuchaj za mocno, bo zgaśnie.

***

Może znalazłem sposób. Może króciej, ale częściej.
Na to łatwiej się zdobyć.
Trzymajcie się ciepło tej wiosny…
A no właśnie:

Wiosna!

Środa

Brak komentarzy

Domyślam się, że wyobrażacie sobie, jak wkurzające potrafi być zniknięcie skończonej już notki. Mniej więcej tak samo, jak zniknięcie napisanego komentarza czy e-maila. Z powodu awarii łaczy i innych nieprzewidzianych wypadków losowych nie przeczytaliście już kilku moich notek. Po takim nieprzyjemnym wydarzeniu zwykle już nie mam siły drugi raz brać się do pisania.
Tak właśnie stało się i tym razem. I naprawdę bardzo Was przepraszam, ale strasznie mi się odechciało.
A miało być o tym, że wcale nie mam więcej czasu, bo muszę pisać pracę roczną z mądrości „socjologicznych” w literaturze pięknej. O tym, że kobieta, którą znam już od dość dawna, nagle szczególnie zwróciła moją uwagę. I o tym, że ostatnio za dużo piszę o sobie a za mało od siebie, chociaż może kogoś to interesuje.
Ale nie będzie, bo komputery są głupie.
A może innym razem.

Sobota

6 komentarzy

W okolicach Ośrodka Centralnego Sterowania wiosna coraz wyraźniej daje znać o sobie. Na jednej z nielicznych żwirowych ulic podwarszawskiej mieściny, którą autor ma szczęście zamieszkiwać, pojawiły się już brudne strumyki roztopionego lodu. W stolicy coraz więcej ludzi zasłania oczy przeciwsłonecznymi okularami. Dziwne lato u schyłku zimy. I jest w tym wszystkim piękno niemal niebiańskiego spokoju. Jakby przyroda zbierała siły przed wiosennym atakiem. Taka cisza przed burzą. W uszach jak zwykle muzyka. Delikatny głos i gitara zwiększają jeszcze poczucie, że cały świat bezpiecznie śpi. Ale tak naprawdę, to ostatnie chwile przed przebudzeniem.

* * *

Rzeźby Mitoraja na placu Zamkowym szczególnie zmieniają charakter w przedwiosennym słońcu. Wcześniej jakby nie pasowały do tego ponurego miejsca. Gdy pierwszy raz je zobaczyłem, na myśl od razu przyszła mi wizja wielkiego Imperium Rzymskiego tuż po upadku. Wyobraźcie sobie Rzym po ostatnim z wielkich najazdów barbarzyńców. Posągi jeszcze stoją na cokołach, ale już popekąne, głowy leżą u ich stóp. W zamglonym zmierzchu Warszawy nie mogłem do końca poczuć Rzymu właśnie z powodu pogody. Teraz wszystko jest jakby bardziej realistyczne. A w jasnym południowym słońcu rzeźby nabierają jeszcze jakiejś nieokreślonej siły, majestatu. Jakby mimo wszystko triumfowały nad najeźdźcą. Właściwie same rzeźby Mitoraja są właśnie triumfem starożytnej grecko-rzymskiej tradycji nad kulturą jej niszczycieli.

* * *

Wreszcie w domu. Od razu czuć, że dzisiaj jest sobota. Zapach płynu do podłóg wywietrzał od piątkowego sprzątania, ale przyjemna świerzość nadal utrzymuje się w powietrzu. Od razu widać, bo cała rodzina jest razem i każdy ma wreszcie trochę wolnego czasu. Dla mnie sobota wytchnienia. Koniec poprawek. Choć to początek normalnego roku, normalnej pracy, to jednak najbliższa okazja, przy której będę miał trochę stresu (przynajmniej w związku ze studiami) czeka mnie dopiero pod koniec maja. Nie gonią mnie terminy. Mam czas. I mogę pisać. Znowu.



To kto czyta?
Bo nie wiem, czy warto nadal pisać…
Proszę o wpisy w komentarzach.
Żebym mógł poznać moje obecne audytorium…

Znowu nic

1 komentarz

Nic znowu. W głowie niemal pusto. Tylko Monteskiusze i Platony na zmianę ze wzorami równań statystycznych biegają.
Sesja poprawkowa zabiła nawet potrzebę uzewnętrzniania swoich myśli.
Nie czytam już poezji, nie piszę wierszy. Gitara leży w kącie. Tylko słucham cały czas muzyki.

I coś nagle. Muzyka.
Nie pisałem jeszcze chyba o tym, jak bardzo ważna jest muzyka w moim życiu.
Muzyka bowiem towarzyszy mi od kołyski. Ojciec miał dość dużą kolekcję czarnych płyt. Muzyka klasyczna i Pink Floyd. Tego jestem pewien. Już wtedy przesiąkłem genialną twórczością Mozarta, Bacha, Chopina i myślę, że m.in. dlatego nie słucham teraz badziewia w stylu Britney Spears czy polskiego Hip-hopu (pożal się Boże). I te wczesne, nieświadome doświadczenia muzyczne plus kołysanki mojej mamy (tak, mama śpiewała mi jescze kołysanki, a babcia opowiadała (nie czytała) bajki) spowodowały, że teraz ciągnie mnie w stronę muzyki.
Za późno się za to wziąłem i pewnie do niczego wielkiego już nie dojdę, ale po swoich dotychczasowych zmaganiach z tą nieokrzesaną materią widzę, że w tej sferze mam jeszcze pole manewru (bo w akrobatyce np. już nie mam ;).
Muzyka towarzyszy mi codziennie w drodze na zajęcia i w czasie powrotu do domu. Wyczerpane baterie discmana to dla mnie tragedia gorsza od ulewnego deszczu i burzy śnieżnej.

Nie mam za dużo czasu.
W sobotę ostatnia poprawka. Potem i tutaj postaram się poprawić. O muzyce będe jeszcze pisał zapewne. Teraz już wiecie (jeśli ktokolwiek jeszcze czyta).


  • RSS